Chwieje się rynek prasowy. Chwieją się giganci, tnąc zarobki i zatrudnienie. Gmach na ul. Czerskiej też w drgawkach. W ogóle cała medialna branża poddana jest niespotykanej presji. Nikt nie może być pewny dnia ani godziny: spada sprzedaż i ubywa odbiorców albo zachowują się tak nieprzewidywanie, że w łeb biorą z pozoru solidne biznesowe założenia stojące za medialnymi projektami. Jakby nie dość kłopotów, technologia zmienia czytelnicze upodobania: najpierw był komputer, teraz w natarciu są smartfony, zaraz się zacznie tabletowa mania. Co będzie dalej? Koło się zamyka, zaciska pętla na dziennikarskiej szyi.
Dziennikarstwo się nie kończy, ono ewoluuje; jak wszystko wokoło. Dziennikarstwo to nie skamielina, ani wiekopomne dzieło, któremu należny jest bezwarunkowy szacunek i atencja. Zmienia się jego formuła, sposoby dystrybucji treści, preferencje odbiorców. I nie jest wcale powiedziane, że przypisany zawodowi dziennikarza społeczny prestiż pozostanie niezmienny.
Jedno nie ulegnie zmianie - uniwersalna mantra: "kto, co, gdzie i kiedy, z jakich powodów lub przyczyn". Jednakże wierność temu zaleceniu - choć jest fundamentem dziennikarskiej praktyki - w najmniejszym stopniu nie gwarantuje wysokich zarobków ani popularności. W poszukiwaniu takich fruktów należy udać się gdzie indziej. Ale o tym Staszewski powinien wiedzieć, gdy zaczynał pisać i nie myślał o "GW".
Chłoniemy obrazki, jak gąbka wodę. Z początkiem tygodnia pełno wszędzie zdjęć Anny Grodzkiej na przemian z fotkami Krystyny Pawłowicz. Przekładaniec, którym ma - z redaktorskiego założenia - dawać po oczach. Druga tak gratka-jatka może się nie zdarzyć.
Na wizualny komunikat i idące zanim "analizy" osobowości Krystyny Pawłowicz oraz Anny Grodzkiej wielu zareaguje manifestacyjnie: grymasem zniesmaczenia, lekceważącym machnięciem dłoni, teatralnym prychnięciem, mniej lub bardziej szczerym zdumieniem. Jak one (czy na pewno one) wyglądają? Co sobą reprezentują? Skąd się wzięły? Co one wygadują?
Zapominamy o meritum sprawy, której nie mieści się w logice medialnego cyrku. Batalia na argumenty o zmiany w prawie, zakres polityki równościowej, o funkcję wicemarszałka sejmu, ginie w tężejących oparach groteski. Media konfrontując ze sobą, uprzednio wyeksponowane figury zwaśnionych kobiet, od rzeczowej dyskusji wolą nawalankę w błocie. Z tego błota trudno będzie się wszystkim, nie tylko politykom, podnieść.
***
Pawłowicz mogła gadać z mównicy, co jej się żywnie podoba. Kijem rzeki nie zawróci. Mnie zniesmaczyła. Rozliczą ją wyborcy, ewentualnie sejmowa komisja etyki. Jeśli reprezentuje stanowisko PiS, to tym gorzej dla tej partii, bo oddala ją od umiarkowanego centrum. Zaś Grodzka mogłaby z powodzeniem, wedle wypracowanych w parlamencie zasad, zostać sejmowym wicemarszałkiem. Prawicy pozostałoby grymaszenie, ale i tak w końcu wziąłby górę zdrowy rozsądek i zwyciężyło przekonanie, że procedury są z natury neutralne, a z perspektywy czasu korzystne dla każdego, kto sprawność parlamentarnej machiny i jakość debaty ma na uwadze. Na tym polega normalność, której wątpliwi rzecznicy ostatnio są tak uaktywnili. Grodzka stojąca na straży sejmowych procedur jest do zaakceptowania i do wyobrażenia, jeśli tylko potrafiłaby trzymać nerwy na wodzy. Ale ten wybór, dziś, w klimacie histerii, po tym wszystkim, co się wydarzyło, jest raczej wątpliwy. Może za parę lat, w kolejnym parlamentarnym rozdaniu.
Jako że ogarnięcie tego, co następuje właśnie teraz (aby chwilę potem zniknąć z horyzontu pod presją następujących niemal automatycznie rozmaitych update-ów), zdaje się przekraczać nasze percepcyjne i intelektualne możliwości, zwracamy się ku temu, co było. Posługujemy się remix-em, recyclingiem, archeologią memów, historią i morfologią mediów. Modne są vintage i retro. Będzie tego coraz więcej. Po długim biegu zapragniemy złapać oddech.
W Niemczech rozgorzała dyskusja, czy wzorując się na amerykańskiej armii, Bundeswehra powinna korzystać z uzbrojonych dronów. Obecnie bezzałogowe maszyny są używane do przeprowadzania rekonesansów. Pewnie klamka zapadła, medialna dyskusja ma znaczenie rytualne, od decyzji nie ma odwrotu, bowiem taki jest trend. Idę o zakład, że podobny pomysł chodzi po głowie polskim generałom. Może za parę lat dostaniemy niemieckie bezzałogowe samoloty w spadku, jak "podarowano" nam wcześniej czołgi Leopardy?
***
46 dolarów ma kosztować minicopter MeCam, który umożliwia rejestrację i streaming video do dowolnego urządzenia bazującego na systemie Android.
Amerykańskie prawo, Foreign Intelligence Amendments Act (FISAAA), pozwala na dostęp - bez sądowego nakazu - do danych, które obywatele UE przechowują w "chmurze" na serwerach amerykańskie firm, m.in. Dropbox, Amazon.
***
Prywatność staje się iluzją: drony na niebie, komputery pod lupą, minihelikoptery z kamerą u wścibskiego sąsiada lub na wyposażeniu paparazzich.
Daruje sobie rytualne wyliczanie książek, filmów, piosenek. W sporządzaniu corocznych kwerend i rankingów są lepsi ode mnie specjaliści. Przywołam za to moje rozczarowania i zdziwienia, związane z biegiem zdarzeń mijającego roku.
Największe zdziwienie wiąże się znaczącą ciszą, która zapanowała po odtrąbionym zwycięstwie nad ACTA. Wielu za sukces uznało fakt, że przez kraj przetoczyła się fala ulicznych protestów nie spotykanych od czasów Solidarności. Zastanawiam się, co porabiają owe dziesiątki tysięcy zwolenników wolności, przeciwników cenzury w necie. Jak użytek czynią ze zdobytego wówczas doświadczenia? W co się zaangażowali? W jakim stopniu tamte przeżycia mają dla nich wymiar generacyjny? Czy za pewien czas będą się na nie powoływać? Na jakiej manifestacji? Oby nie oeneru.... Mam nadzieję, że jakiś instytut to zjawisko wziął pod socjologiczną lupę.
Na publicznej arenie nie pojawiła się żadna większa inicjatywa, która problem prywatności w sieci, cenzury, nadzoru, i jakże obszernego zbioru pokrewnych zagadnień, wprowadziłaby na stałe do publicznej dyskusji. To, o czym wspominam jest sensem działania ledwie kilka fundacji i stowarzyszeń. Owszem, wykonują skutecznie pozytywistyczną robotę, pełnią rolę think tanków. Ale między sferą ich poczynań, a masami, które widzieliśmy na ulicach zimą tego roku nie ma żadnej nici porozumienia. Nic z atmosfery tamtych wydarzeń nie przetrwało. To było przypadkowe i chwilowe spotkanie dwóch odległych światów: chłodnego akademickiego dyskursu i gorączkowego młodzieńczego oburzenia.
Akurat na Zachodzie sprawy wyglądają zgoła inaczej. Zakres wolności, skala nadzoru w cyfrowym świecie, rola biznesu i technologii, wreszcie odpowiedzialność polityczna za zachodzące zmiany - o tym wszystkim się na okrągło, burzliwie spiera i dyskutuje. Ten konglomerat problemów nadaje sens aktywności rozmaitych osób, inicjatyw, środowisk. Nie będę się nad ich skutecznością i zasięgiem rozwodził, podam dwa różne przykłady:Max Schremsi znane w hakerskim świecie hasło: CryptoParty.
Co ponadto? Zaskakuje mnie, dla odmiany pozytywnie, dokonujący się na naszych oczach skok od biga data do open data. Dziennikarze, politycy, socjolodzy, epidemiolodzy, planiści, urbaniści - długo wymieniać profesje, które dostrzegają pożytki płynące z dostępu do danych statystycznych i ich badawczej "obróbki". Jak na przykład ma to miejsce w Holandii.
Największą korzyść ma oczywiście obywatel: sięgając po opracowane w przystępny i obrazowy sposób urzędowe informacje może wyrobić sobie pogląd na temat decyzji, procesów, zjawisk, i koniec końców, jest w stanie dokonywać wyborów sensowniejszych niż gdy dostępu do informacji jest pozbawiony. Rzućcie okiem na wideo.
Tylko na chwilę powiało optymizmem, bo z gruntu rozczarowujące jest to, jak nieruchawo na ten trend reagują nasi rodzimi decydenci.
Wrocławski, pełen pesymizmu, przykład - spędziłem ostatni, grudniowy piątek na sesji rady miejskiej Wrocławia przysłuchując się sporom wokół projektu budżetu na 2013 rok. Polityczna wrzawa, retoryczne popisy i personalne złośliwostki zastąpiły dyskusję o konkretnych liczbach. Ile miasto ma przeznaczyć na edukację w porównaniu z poprzednimi latami? Jaka część sumy przypadnie na konkretną dzielnicę i w relacji do żyjących na danym obszarze uczniów? Jakie fundusze urząd miejski zarezerwuje na sprzątanie ulic i jak ta kwota ma się do sum wydawanych przez inne polskie miasta o zbliżonej wielkości? Jaki procent pieniędzy zarezerwowanych na kulturę zostanie przeznaczony na edukację kulturalną i wydarzenia w peryferyjnych dzielnicach, a ile na koncerty organizowane na Rynku?
Takie pytanie nie padły. I nikt pewnie nie potrafiłby na nie od razu odpowiedzieć. Całkiem zasadne pytania, z perspektywy politycznej młócki okazały się nie posiadać znaczenia.
Pojąć tego i wytłumaczyć nie sposób, wszak trafiło na gremia do dyskusji nad finansami predestynowane. Matematyka przegrała z politycznym mętnym żywiołem.
I na koniec mało pocieszająca konkluzja: jeśli radni mają problemy z analizą projektu budżetu, to jakim to jest wyzwaniem dla mieszkańca?
***
Żegnając rok 2012 nie mam złudzeń, że następca w kalendarzu odziedziczy te same emocje i kłótliwość, które od lat rządzą polską polityką. Klasie politycznej pozostaje wałkowanie tych samych problemów, tym samym językiem. Choć wiele się wokoło zmienia i czas nie stoi w miejscu.
Im więcej kupujesz, tym lepiej dla produktu krajowego brutto. Oto ukryte, konkretne przesłanie tych świąt. Oczywiście owe "im więcej" wcale nie gwarantuje pomyślności na innym, indywidualnym polu: nie musimy poczuć się lepiej, być zdrowszym i rozsądniej gospodarzyć naszymi zasobami. Oczywiście, dzięki obfitości zakupów zyskamy w oczach innych, którzy wraz z nami pielgrzymowali z wózkami po marketach. Dziś zdolność do nabywania towarów i usług (nierzadko w ostentacyjny sposób) - jak nigdy wcześniej i jak nic innego - wyznacza społeczny status (dawniej decydujący głos przyznawano innym atrybutom i aktywnościom). Świąteczne kolejki są odmianą rytuału: wściekamy się, że są za długie, ale uznajemy je za coś oczywistego i niezbędnego...dla klimatu świąt.
Zaś jako nieoczywista, niemal niedorzeczna, wyda się każdemu konsumentowi odezwa "Buy Nothing Christmas". To hasło globalnej kampanii propagowanej przez magazyn "Adbusters", od paru dekad uprawiającego culture jamming, nie spotka się u nas z żywym odzewem. Jednak, gdy patrzę na niepomierne zdziwienie wypisane na twarzy prezenterki CNN dociekającej bezradnie, o czym mówi twórca "Adbusters", wspominający o oczywistych powiązaniach między konsumpcjonizmem, a problemami współczesnego świata, sądzę że nie odstajemy za bardzo od Amerykanów. Choć marna to pociecha.
Twórca "Adbusters", Kalle Lasn, ma 70-tkę na karku. Z pochodzenia jest Estończykiem. Po studiach matematycznych opracowywał na zlecenie australijskiej armii scenariusze potencjalnych konfliktów, potem związał się z branżą reklamową i nabywał doświadczenie pracując w Tokio. Życiowe cele i zapatrywania zmienił zafascynowany rewoltą studencką lat 60. Zaś pismo "Adbusters" założył wspólnie z kolegą-filmowcem, angażując się w obronę kanadyjskich lasów zagrożonych intensywnym wyrębem. Magazyn dystrybuowany jest do ponad 70 tys. czytelników na całym świecie. Grono jest większe, uwzględniwszy kolejne tysiące korzystające z jego wersji on-line.
Każda istotna analiza ruchuOccupy musi kierować uwagę na kanadyjską siedzibę redakcji "Adbusters", gdzie narodziła się idea okupowania Wall Street. Dziennikarz New York Times'a kreśląc sylwetkę Lasn'a przypomina, że wzywając do protestów w sercu światowej finansjery, on sam ani razu nie pokwapił się z wizytą do Nowego Jorku. Sprzeczność? Skądże znowu. Lasn pokłada nadzieję nie w charyzmacie liderów, spójnej politycznej strategii, lecz w błyskawicznym rozprzestrzenianiu się idei, postaw, stylów, inaczej mówiąc: memów (kulturowych wirusów). W post-Mcluhanowskim świecie nieustannie multiplikujących się powiązań, takie myślenie ma sens.
Romney o Obamie: Mam nadzieję, że jego ciężka praca przyczyni się do dobrobytu naszego kraju. Obama do swego konkurenta: Dziękuję Mittowi Romneyowi. Walczyliśmy ostro w kampanii, bo kochamy ten kraj i zależy nam na jego przyszłości".
Ok, to tylko dawka kurtuazji na użytek wyborców. Co można powiedzieć o relacjach łączących(?) premiera naszego kraju z liderem głównej opozycyjnej partii? Nikt nie dopatrzy się tu śladowych ilości kurtuazji. Czy ich wzajemna, szczera i gorąca niechęć, podsycana przez media, nie jest diabelsko destrukcyjna? Nie dzieli Polaków bardziej niż wszystkie polityczne antagonizmy na szczytach władzy po 1989 roku, razem wzięte?
Pod płaszczykiem walki ze "szkodliwymi treściami" od wczoraj w Federacji Rosyjskiej obowiązują cenzorskie regulacje. Rządowa agencja Roskomnadzor może blokować i usuwać strony internetowe uznane za szkodliwe dla młodego pokolenia. W założeniu chodzi o pornografie dziecięcą oraz narkotyki, ale obrońcy praw człowieka nie mają złudzeń, że na cenzurowanym znajdą się także portale i blogi krytycznie nastawione do Putina. Co więcej, to na operatorów telekomunikacyjnych i dostawców usług internetowych spada obowiązek kontrolowanie informacji przesyłanych przez ich łącza. Zatem administratorzy stosują technologię DPI, która daje możliwość podsłuchiwania rozmów prowadzonych np. na Skypie, czytania maili, blokowania wiadomości zawierających konkretne słowa, a nawet ich modyfikowania.
Podwaliny pod system powszechnego nadzoru zbudowała służba bezpieczeństwa (FSB), wprowadzając w latach 90 system SORM dający możliwość kontrolowania rozmów telefonicznych i śledzenie internetowej aktywności. Nic nowego pod słońcem. Oby Federacja Rosyjska nie znalazła naśladowców. Na ACTA historia się nie kończy.
****
P.S. Jeden idiota z kamerą ciągle wzbudza większe oburzenie i szok niż oplatający nas i nieustannie doskonalony system telewizyjnego monitoringu.
Zbliża się 11 listopada, który zdominowany przez ceremonialność rodem ze szkolnej akademii i zwyczajowe zadymy ultrasów nie stanie się świętem w wydaniu ludycznym, ani tym bardziej, nie zostanie wykorzystany do promocji w świecie. Zresztą, czy Polska to marka modna i rozpoznawalna? Parę lat temu pewien spec od marketingu sugerował, że charakteryzuje nas "twórcze napięcie". Nie wiem do dziś, co miał na myśli. Może dyplomatycznie odnosił się do splotu naszych narodowych przywary: kłótliwości i zajadłości?
Po prawdzie, jesteśmy peryferyjnym krajem, mało rozpoznawalnym i na tyle mało egzotycznym, że hasło "Polska" nie wzbudza większego zainteresowania na rozległej przestrzeni od Sydney po Vancouver, Las Palmas po Władywostok.
Przyznam, lubię rankingi. Są ważnym punktem odniesienia, warto się porównywać z innymi. Dowiadujemy się wówczas więcej o sobie.
Firma FutureBrandprzepytała 3,6 tys. osób z 18 krajów, przemierzających glob turystycznie i w interesach. Efekt: lista 15 państw uznanych za "wschodzące marki." Kryteria wyboru oczywiste - obok klimatu inwestycyjnego i kuchni liczyły się m.in. jakość środowiska naturalnego, poczucie wolności i bezpieczeństwa, postęp na drodze przestrzegania międzynarodowym standardów prawa, satysfakcja z życia oraz zdrowie.
Liderem rankingu okazały się Emiraty Arabskie, w środku wylądowała Estonia, stawkę zamyka Wietnam. Nie ma na liście Polski. Jest za to Kazachstan. I tu ciekawe, spostrzeżenie. W przypadku tego kraju mobilizująco zadziałał "efekt Borata". Karykaturalna fikcyjna postać ośmieszająca kazachską kulturę podziałała na tamtejsze władze jak zimny prysznic. Wzięto się do roboty i odnotowano pewien postęp, choć ciągle krajem rządzi powszechnie uchodzący za satrapę Nazarbajew.
Wracając do pytania. Bez złudzeń: mamy wzrost gospodarczy, ale to nie oznacza, że mamy to, czego inni mogą nam pozazdrościć. Nikt nie będzie przyjeżdżał do Polski tylko dlatego, że zbudowaliśmy nowe, większe markety, drogi, lotniska oraz stadiony. Są równie ważne jak ciepła woda w kranie, na którą nikt nie zwraca uwagi dopóki jest. Z jej powodu nie pieje się z zachwytu. Czym zatem możemy się pochwalić? Przyrodą i kulturowym dziedzictwem, których nie cenimy, nie znamy i nie pielęgnujemy? Od tego można by zacząć, bo to prostsze zadanie, niż wyczyn Finów: przekształcili Nokie, firmę produkującą kalosze i łopaty, w producenta telefonów komórkowych.
Nie korzystam z Piano Media i nie sądzę, aby w przewidywalnej przyszłości system pobierania kasy za czytanie online miał w Polsce wypalić. (Retoryczne pytanie: co sądzą o nim internauci?)
Ateizm to rodzaj religii à rebours. Demagogiczna żarliwość, z jaką niektórzy ateiści dowodzą, iż nie istnieje nic ponad to, co jawi się naszym zmysłom, co obejmuje intelekt, można spuentować pukaniem w agnostyczną głowę. Polecam artykuł o toksycznym obliczu nowego ateizmu (któremu patronują Dawkins i Harris): "Toxic atheism drives people apart".
****
Pewnie nie doczekamy się rozstrzygnięcia w sprawie domniemanych więzień CIA w Polsce. Politycy są w tej śmierdzącej sprawie wyjątkowo zgodni i chętnie zamietliby ją pod dywan. Dominic Streatfeild przeprowadził cykl wywiadów ("Research for Brainwash: The Secret History of Mind Control") ze specjalistami od technik przesłuchań. Pasjonujące i zarazem zatrważające.
To przypadek, chyba w ogóle jedyny w historii prasy, gdy co pewien czas gazeta przechodzi drastyczną metamorfozę, równie karkołomną jak np. przekształcenie "Nie" w tytuł pokrewny "Tygodnikowi Powszechnemu".
Nowa generacja, dziś raczej z przypadku sięgająca po dawny krakowski tygodnik, nie ma bladego pojęcia, na czym zasadzała się jego wyjątkowość. Nie obchodzi jej, bo i po co, że w czasach peerelowskiej i wczesnokapitalistycznej siermięgi jego lektura była istotna dla intelektualnej higieny środowiska ludzi aspirujących do niezależności i "mentalnej" elegancji. Czasy to odległe, acz ciągle się o nich prawi. Jednak żaden kolejny szef "Przekroju" (a mnogość ich była) nie potrafił tej gadki o unikalności przełożyć (alchemicznie) w konkret. Mieliśmy za to do czynienia z maglowaniem mitu sprzed kilku dekad, które przypomina bajdurzenie o jednorożcu.
Dziś "Przekrój", na tle innych gazet wyróżnia Marek Raczkowski i stylowość, z jaką od lat nie wychodzi z kryzysowych turbulencji. Ciągle reanimowany staje się prasowym kuriozum.
Wykupujesz prenumeratę pisma o nastawieniu inteligenckim, potem arcy-lewicowym, a tu nagle, wraz ze zmianą frontu, dostajesz do rąk magazyn z peanami na cześć nowej generacji tosterów. Zamiast rozwagi i przekrojowego traktowania świata, ciągle mamy niezamierzoną satyrę. Przy okazji robi się w konia czytelników, a przecież od nich się zaczyna i na nich kończy prowadzenie gazety. Jeśli czytelników nie ma, ubywa też sensu targać to prasowe truchło.
Społecznościowy gigant niebezpiecznie przesuwa granicę. W Stanach oraz kilkudziesięciu innych krajach (listę otwiera Nowa Zelandia), testowana jest usługa: zapłacisz, a twój post zostanie lepiej wyeksponowany na tablicy u znajomych. Zatem nie treść i forma, tudzież autentyczne i przypadkowe czasem zainteresowanie, mają generować "buzz", ale celowy zabieg, sensu stricto handlowy.
Moim zdaniem wprowadzenie "promoted posts" zastępując reguły częściowo chaotycznej i spontanicznej komunikacji promuje praktyki w rodzaju "lokowania produktu". Internetowa agora przeobraża się w tablicę płatnych ogłoszeń. Jeśli owa usługa się przyjmie, sens straci rozróżnienie na stron biznesowe i całą resztę. Ale czy w marketingu nie o to chodzi, żeby pozorując komunikacje wciskać swój kit?
Usługa może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego, bo kto lubi, gdy narcystyczni znajomi rozpychają się na tablicy ze swoimi opłaconymi wpisami o wypitej kawie, sprzedaży mieszkania lub zajefajnych wakacjach w kolejnym tropikalnym raju.
Cały urok związany ze szwendaniem się, prywatnymi peregrynacjami, zapuszczaniem w mało znane rejony, odkrywaniem miejsc różnorakich, staje anachronizmem. Odchodzi w przeszłość, jak pisanie piórem, stukanie w klawiaturę maszyny do pisania. To ponura, acz realna wizja.
Google twórczo rozwija pomysł skatalogowania otaczającej nas przestrzeni. Oczywiście, zasadniczy cel jest utylitarny: ułatwić nam orientację. Ale być może chodzi i to, aby przestrzeń osadzić np. w kontekście spersonalizowanych reklam, czyniąc z tego kolejne źródło dochodów.
Chyba wszyscy oswoiliśmy się z widokiem uzbrojonych w kamery samochodów krążących po ulicach. Czas oswoić się z obecnością Google View Trekker. Pojawi się tam, gdzie nie dojedzie samochód. Będziemy się zapuszczać w leśne knieje, ostępy i wąwozy, sącząc przed komputerem piwo.
Ewentualnie zawodnego i kłopotliwego piechura zastąpią mało wymagające roboty, np. te, konstruowane na zlecenie Marin Corps i agencji DARPA.
Przekonać internautów, że za artykuł w necie trzeba zapłacić, może się okazać sporym wyzwaniem. Internauta już za raz, a solidnie, za dostęp do sieci płaci: dostawcy usług telekomunikacyjnych. Zresztą net jest rozległą krainą, bez namacalnych granic, więc zamiast wykładać gotówkę na abonament Piano, łatwiej będzie niejednemu wyemigrować na inne strony, poczytać Kominka w oryginale lub znaleźć w sieciowych zasobach kolejny wywiad z najpopularniejszym statystycznie blogerem. Ma znaczenie fakt, że dla sporej rzeszy młodych internautów, doświadczenie obcowania z papierową gazetą było wtórne wobec swobodnego obcowania z ekranem komputera.
Nie wróżę Piano sukcesu. System pobierania płatności, zgodnie z zapowiedziami, ruszy 3 września. Przewiduję za to nieuchronną tabloidyzację on-line'owych serwisów. Z konieczności, w walce o odbiorcę, nęcić będą co raz to bardziej wydumanymi nagłówkami, podkręconym do granic zdrowego rozsądku leadem i soczystym zdjęciem. Aby przekonać czytelnika, że warto wyłożyć pieniądze, bo reszta w abonamencie jest jeszcze lepsza.
Piano i cienko. Zwłaszcza, że w czasach warunkowanego kryzysowym duchem ograniczania konsumpcji, kiedy to człowiek zwykł ciąć wydatki, które uchodzą za ekskluzywne. Po prawdzie, w tym kraju bez luksusu czytania nie może się obejść paręnaście procent społeczeństwa.
Nie ma już CBGB, nie istniejeTalking Heads. Pozostaje tylko pamięć cyrkulująca w Internecie.
Jeśli gargantuiczne trzewia Facebooka znikną, eksplodują niczym kolejna internetowa bańka, w mig ogołoceni zostaniemy z własnych historii, którymi ten twór utrzymujemy przy życiu, niestrudzenie reanimujemy.
Żywimy go własną kreacją, emocjami, rozmyślaniami, opowiastkami, zdjęciami i muzyką, mylnie uznając, że Facebook to Internet sam w sobie. Oddajemy mu za bezcen - w niepewną ajencję - własne relacje z ludźmi. Niepewny to akuszer i powiernik. O amberowym sercu.
Niebezpiecznik.pl bierze pod lupę demaskatorski serwis PolandLeaks (ten zaś bierze pod lupę tajne rządowe dokumenty) i zadaje pytania: kto za tym stoi, i na ile jest to poważne przedsięwzięcie. W komentarzach czytelników górę bierze sceptycyzm i zwycięża pokusa snucia teorii o prowokacji służb.
Publiczne zainteresowanie ze strony Marka Zuckerberga działa jak atak DDoS. Założycielowi Facebooka spodobała się aplikacja służąca miłośnikom grillowania. "Lajknięcie" wygenerowało na stronie IGrill taki ruch, że ta na kilka godzin "padła". A gdyby tak Zuckerberger został tajnią bronią, Wallenrodem, Anonymous?
Pracująca na rzecz Departementu Obrony agencja DARPA przygotowuje mapę do prowadzenie cyberwojny, która pozwoli wojskowym na bieżąco śledzić sytuację na polu walki, zapewniając dominację nad przeciwnikiem. Projekt opatrzono nazwą "Plan X". Odnoszę wrażenie, że ta wojna - dziś rozproszona i chaotyczna - trwa w najlepsze: trojany, spamy, malware...
Prawa autorskie są względne, ustanawiane arbitralne i jako przedmiot społecznej umowy winny podlegać zmianie. Kto twierdzi inaczej i chce uciąć dyskusję, odwołując się do przykazania "nie kradnij", musi konsekwentnie uznać za grzech postęp technologiczny.
Modowy trend przyszłości to koszulki na baterie, współpracujące ze smartfonem. Oto jedna z propozycji - tshirtOS. Zakładasz i ruszasz w miasto, mając na sobie ekran, na który - via telefon - wysyłasz: zdjęcia, filmy, muzykę, tweety.
Grupa CuteCircuitprzygotowuje kolejną wersję na Androida. Szykujcie się elektrohipsterzy. Jeśli nawet za projektem stoi producent alkoholu, pomysłowi uczestnicy politycznych manifestacji i kampanii i tak nadadzą bawełnianemu gadżetowi całkiem inną wymowę.
W temacie krawiectwa jeszcze dorzucę, na koniec, małą atrakcję.
W internecie nie ma chwili zastoju. Moją uwagę zwrócił ostatnio koncept Litwinów z agencji New!, którzy wzięli się za odświeżanie Wikipedii. Czas najwyższy. Ich wizja Wikipedia Redefined prezentuje się całkiem zachęcająco. Design jest prostszy, minimalistyczny. Całość wygląda lekko i nowocześnie. Kosmetyczne zmiany czas jakiś temu wprowadził Digg. Na tyle jednak zauważalne, że wielu internatów, wśród nich ja także, przypomniało sobie o istnieniu serwisu. Efekt: na nowo zacząłem z niego korzystać.
A co jest godne uwagi poza siecią? The Guardian postuluje banalne, zarazem rewolucyjne zmiany w prawie drogowym: obowiązkowe lekcje jazdy rowerem dla kierowców. Wczuwając się w sytuacje cyklistów, kierowcy może uświadomią sobie, że drogi nie są wyłącznie ich własnością.
Co u mnie? Planom wakacyjnego wyjazdu nad morze, towarzyszy wakacyjne postanowienie trenowania jogi. Obym wytrwał. Obym w tym przypadku doświadczył constans.
Rynek w Bolkowie na kilka dni zamienił się w wybieg dla fanów gotyckiej mody. Skąd oni się wszyscy wzięli? Niczym statyści zwiezieni hurtem z planów The Rocky Horrow Show, Mad Maxa, Dooma. Usadowieni w oknach i na ławkach przed kościołem mieszkańcy obserwują najazd ufryzowanych i wystylizowanych "gotów". Obserwują, kontemplują i oplotkowują. Sklepikarze liczą utarg.
Przez ostatni weekend lipca w Bolkowie rządzi czerń, latex, piercing, tatuaże, gorsety opinające wychudzone, gibkie, bujne ciała. Czarne matron i nastolatki. Trupie makijaże tak solidne, że wygrywają z deszczem. Wszędzie uganiają się fachowi i niedzielni fotoreporterzy, trzaskają bez opamiętania zdjęcia. Jednak najbardziej perwersyjna jest pogoda: ponad 30 stopni w cieniu.
Zmierzch i piwo lane strumieniami, znoszą środowiskowe i mentalne podziały. Lokalna młodzież, niebieskie ptaki wraz tłumem przyjezdnych koczują pospołu na krużgankach okalających rynek. Piją, przekrzykują się, pozują do zdjęć. Policyjny radiowóz kursuje dookoła centrum. I tak do białego rana. Zmęczony chłopak w czarnym uniformie i w metalowej masce na twarzy, zalega na trawie obok pomnika Jana Pawła II.
Centrum festiwalu to scena pod zamkową wieżą, skąd na całą okolice rozchodzi się dudniąca muzyka. Poniżej w dawnym ewangelickim kościele, zamienionym na salę gimnastyczną, też odbywają się koncerty. Publiczność tańczy w dyskotekowym dymie i laserowym świetle. Tylko te tablice do koszykówki i drabinki gimnastyczne prezentują się jakoś dziwnie. Z czasem kontrasty powszednieją. Gdy na ulicy zakonnica z walizką mija parę w czarnych koronkach, z dyndającym u ich szyi łańcuchem, nikt nie przystaje, nikt nie odwraca głowy.
Castle Party to dla Bolkowa zastrzyk świeżej krwi. Symptomy ożywienia widać wszędzie: wywieszki o noclegach, kilka nowych punktów gastronomicznych, kolejki przed sklepami. Oferując przyjezdnym wikt i opierunek mieszkańcy zasilają domowe budżety.
Jeśli Castle Party jest sukcesem i wszyscy zdają się być zadowoleni, to dlaczego bolkowianie nie pójdą za ciosem? Co stoi na przeszkodzie, aby zorganizować np. konwent tatuażu, zlot motocyklowy albo pokazy sztuki body art i performance'u, przeglądy kina i literatury grozy? Nie planowane ad hoc, od przypadku do przypadku, lecz odwołujące się do renomy i fenomenu festiwalu, adresowane do podobnego odbiorcy?
Moim zdaniem, akurat nikt inny, jak tylko rozsiana po Europie społeczność fanów mrocznej, gotyckiej muzyki może zrobić miasteczku najlepszą reklamę. I mniejsza o to, ile w tym wszystkim głębi. Jeśli na co dzień mieszkańcom będzie wiodło lepiej, więcej pieniędzy z podatków wpłynie do miejskiej kasy, to chyba warto zaryzykować? Festiwalowa kilkutysięczna publiczność, przyjeżdżająca na jeden weekend w roku, to za mało żeby senny Bolków postawić ekonomicznie na nogi. Miasteczko wydaje się zabiedzone i pozbawione "ikry". I co gorsza, jeśli dłużej będzie nękane przez bezrobocie (a to należy w regionie do rekordowych), raczej się wyludni. Wtedy na prawdę zamieni się w miasto duchów.