Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2012

Dziwny, dziwny rok 2012

Daruje sobie rytualne wyliczanie książek, filmów, piosenek. W sporządzaniu corocznych kwerend  i rankingów są lepsi ode mnie specjaliści. Przywołam za to moje rozczarowania i zdziwienia, związane z biegiem zdarzeń mijającego roku.

Największe zdziwienie wiąże się znaczącą ciszą, która zapanowała po odtrąbionym zwycięstwie nad ACTA. Wielu za sukces uznało fakt, że przez kraj przetoczyła się fala ulicznych protestów nie spotykanych od  czasów Solidarności. Zastanawiam się, co porabiają owe dziesiątki tysięcy zwolenników wolności, przeciwników cenzury w necie. Jak użytek czynią ze zdobytego wówczas doświadczenia? W co się zaangażowali? W jakim stopniu tamte przeżycia mają dla nich wymiar generacyjny? Czy za pewien czas będą się na nie powoływać? Na jakiej manifestacji? Oby nie oeneru.... Mam nadzieję, że jakiś instytut to zjawisko wziął pod socjologiczną lupę.

Na publicznej arenie nie pojawiła się żadna większa inicjatywa, która problem  prywatności w sieci, cenzury, nadzoru, i jakże obszernego zbioru pokrewnych zagadnień, wprowadziłaby  na stałe do publicznej dyskusji. To, o czym wspominam jest sensem działania ledwie kilka fundacji i stowarzyszeń. Owszem, wykonują skutecznie pozytywistyczną robotę, pełnią rolę think tanków. Ale między sferą ich poczynań, a masami, które widzieliśmy na ulicach zimą tego roku nie ma żadnej nici porozumienia. Nic z atmosfery tamtych wydarzeń nie przetrwało. To było przypadkowe i chwilowe spotkanie dwóch odległych światów: chłodnego akademickiego dyskursu i gorączkowego młodzieńczego oburzenia.

Akurat na Zachodzie sprawy wyglądają zgoła inaczej. Zakres wolności, skala nadzoru w cyfrowym świecie, rola biznesu i technologii, wreszcie odpowiedzialność polityczna  za zachodzące zmiany - o  tym wszystkim się na okrągło, burzliwie spiera i dyskutuje. Ten konglomerat problemów nadaje sens aktywności rozmaitych osób, inicjatyw, środowisk. Nie będę się nad ich skutecznością i zasięgiem rozwodził, podam dwa różne przykłady:  Max Schrems i znane w hakerskim świecie hasło: CryptoParty.


Co ponadto? Zaskakuje mnie, dla odmiany pozytywnie, dokonujący się na naszych oczach skok od biga data do open data.  Dziennikarze, politycy, socjolodzy, epidemiolodzy, planiści, urbaniści - długo wymieniać profesje, które dostrzegają pożytki płynące z dostępu do danych statystycznych i ich badawczej "obróbki". Jak na przykład ma to miejsce w Holandii.

0. Democracy without secrets. from nulpunt on Vimeo.



Największą korzyść ma oczywiście obywatel:  sięgając po opracowane w przystępny i obrazowy sposób urzędowe informacje może wyrobić sobie pogląd na temat decyzji, procesów, zjawisk, i koniec końców,  jest w stanie dokonywać wyborów sensowniejszych niż gdy dostępu do informacji jest pozbawiony. Rzućcie okiem na wideo.



Tylko na chwilę powiało optymizmem, bo z gruntu rozczarowujące jest to, jak nieruchawo na ten trend reagują nasi rodzimi decydenci.

Wrocławski, pełen pesymizmu, przykład - spędziłem ostatni, grudniowy piątek  na sesji rady miejskiej Wrocławia przysłuchując się sporom wokół projektu budżetu na 2013 rok. Polityczna wrzawa, retoryczne popisy i personalne złośliwostki zastąpiły dyskusję o konkretnych liczbach. Ile miasto ma przeznaczyć na edukację w porównaniu z poprzednimi latami? Jaka część sumy przypadnie na konkretną dzielnicę i w relacji do żyjących na danym obszarze uczniów? Jakie fundusze urząd miejski zarezerwuje na sprzątanie ulic i jak ta kwota ma się do sum wydawanych przez inne polskie miasta o zbliżonej wielkości? Jaki procent pieniędzy zarezerwowanych na kulturę zostanie przeznaczony na edukację kulturalną i wydarzenia w peryferyjnych dzielnicach, a ile na koncerty organizowane na  Rynku?
Takie pytanie nie padły. I nikt pewnie nie potrafiłby na nie od razu odpowiedzieć. Całkiem zasadne pytania, z perspektywy politycznej młócki okazały się nie posiadać znaczenia.
Pojąć tego i wytłumaczyć nie sposób, wszak trafiło na gremia do dyskusji nad finansami predestynowane.  Matematyka przegrała z politycznym mętnym żywiołem.
I na koniec mało pocieszająca konkluzja: jeśli radni mają problemy z analizą projektu budżetu, to jakim to jest wyzwaniem dla mieszkańca?

***
Żegnając rok 2012 nie mam złudzeń, że następca w kalendarzu odziedziczy te same emocje i kłótliwość, które od lat rządzą polską polityką. Klasie politycznej pozostaje wałkowanie tych samych problemów, tym samym językiem. Choć wiele się wokoło zmienia i czas nie stoi w miejscu.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Rowerowy test hipokryzji

Skończmy z iluzją, że urzędników polskich miast  obchodzą rowerzyści i traktują  ich całkiem serio. Jest dokładnie na odwrót, zima jest tego dowodem. Nie trzeba być bystrym, by zauważyć, że odśnieżane są najpierw jezdnie, w dalszej kolejności chodniki, a ścieżki rowerowe nie są oczyszczane w ogóle. I taka hierarchia ważności w biurokratycznych głowach - dla których rower  to fanaberia znudzonych mieszczuchów - obowiązuje przez cały rok, niezależnie od pogody.  

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Smart city - mądrzejsze spojrzenie na miasto

Nie smukłe wieżowce, wielopasmowe drogi, nawet najbardziej nowoczesny port lotniczy decydują dziś o miejscu w rankingu nowoczesnych miast Europy.  Powyższe kryteria są archaiczne, rodem z epoki industrialnego rozmachu, który mierzył wszystko nie skalą człowieka,  lecz fabrycznych hal i kominów.  Zajrzycie do indeksu zielonych miast Siemensa. Następnie do artykułu "The Top 10 Smartest European Cities"  zamieszczonego w  Co.Exist. Z perspektywy,  jaką daje lektura oceńcie aspiracje rozwojowe oraz  horyzonty włodarzy naszych polskich miast. 

Nie  ma co załamywać rąk, nie od razu Rzym zbudowano. Można zacząć od prostych spraw:  naprawy tego, co szwankuje, zawadza nam na drodze.

wtorek, 30 października 2012

Tactical Urbanism

Miasto, miejskość, rewitalizacja  - to tematy na topie, lecz dyskusja o nich  zbyt często grzęźnie w wysoce stężonych oparach akademickości. Zamiast trzymania się realiów życia codziennego i konkretu, zamiast szukania praktycznych rozwiązań mamy wysyp publikacji na takich poziomie abstrakcji, że pożytek z nich dla mieszkańców głodnych zmiany jest nikły. 
Kto sięgnie po "Tactical Urbanism" znajdzie pomysły, o których pewnie gdzieś słyszał, lecz które łatwo i z powodzeniem może wdrożyć.  Akurat w tym przypadku nawiązywanie do gotowych rozwiązań nie przynosi żadnej ujmy, gdyż z tej popularyzacji wynika większa korzyść.

środa, 19 września 2012

Zmieniając nastawienie, zmieniając miasto.

Prawdziwa przemiana zaczyna się od zmiany myślenia. Inne nastawienie jest wyzwaniem dla rutyny i umysłowego bezruchu. Czasem zainicjowany impet  jest spory, sypią się kostki domina.

W jaki sposób w Jekaterynburgu uporano się z dziurami w drogach? Artyści przerobili je na portrety lokalnych dygnitarzy. Zniknęły w mig. 

***
Rozbudowa sieci rowerowych, profesjonalna kampania promująca rowery jako alternatywny, ekologiczny i bezpieczny (sic!) środek komunikacji  (dla każdego), zdaje się być zadaniem przekraczającym możliwości miejskiego magistratu (chodzi nie tylko o braki w miejskiej kasie) Problemy finansowe i materiałowe nie stanowiły ograniczenia dla designera Izhara Gafniego - skonstruował rower z kartonu. Koszt zamyka się w kwocie 9-12 dolarów.  Pojazd jest funkcjonalny i trwały.
Walcząc z otyłością wśród dzieci, zachęcając je do uprawnia sportów, magistrat mogłoby zafundować pojazdy szkołom. Pomysł zwariowany, acz niedrogi. I jeszcze gwarantujące rozgłos. A zaoszczędzone tym sposobem pieniądze, bo nie wydane na bardziej kosztowne promocyjne działania, spożytkować mógłby inaczej: łatając dziury, nim ktoś bezczelny skopiuje pomysł z  Jekaterynburga.



wtorek, 31 lipca 2012

Przyszłość komunikacji we Wrocławiu: rejwach i znak zapytania

Władze Wrocławia wycofują się z planów zamykania dla ruchu samochodowego ulic w obrębie starówki  - odnotowuje Gazeta Wyborcza, cytując rzecznika prezydenta. Mówi się, trudno.  Opinia publiczna i tak nie była do tych zmian przekonana, podzielając idiotyczny pogląd, że tam, gdzie nie  dociera samochód, tam nie  dociera życie.  
Ale czego wymagać od osób, które postrzegają miasto z perspektywy kierowcy lub pasażera. Samochód w stolicy Dolnego Śląska to niekwestionowany lider. Niepodobna więc, aby osoby od aut "uzależnione", opowiadały się za innymi  rozwiązaniami: promocją ruchu pieszego, komunikacji zbiorowej oraz rowerów. W tym przypadku sprawdza się stara prawda: punkt siedzenie odzwierciedla punkt widzenia.  Sęk w tym, że władza, rozsądna i kierującą się troską o dobro wspólne, o nasze zdrowie, ekonomię oraz ekologię (mniejsza o kolejność) powinna w swojej zapobiegliwości tworzyć prognozy dalekosiężne, wykraczające poza jednostkowe upodobania, nawyki i indywidualne preferencje. Wszak zarządza całym miastem i ma w rękach jego przyszłość.  A jednak te ręce rozkłada bezradnie...

Dlaczego, do diaska, podpiera się zachowawcze komunikacyjne rozwiązania argumentami ekonomicznymi? Jeśli chce się pomóc handlowcom narzekającym na brak klientów, rzekomo z powodu braku samochodów (cóż za logika!), to czyni się starania żeby wygenerować na zamkniętej ulicy intensywniejszy ruch pieszy. Np. montując ławki, ułatwiając dostęp do wi-fi, montując stojaki rowerowe i stymulując rozsądną politykę czynszową. Tak, aby pojawiła się tam zróżnicowana  oferta handlowa, edukacyjna i kulturalna. Akurat czynsze są tak wywindowane, że radzą sobie głównie banki, ewentualnie sieciowe sklepy. Cała reszta ucieka poza centrum, gdzie jest taniej.

Może dożyję chwili, gdy komunikacyjna wizja miasta - wzorem dezyderaty albo 10 przykazań - rozpisana, na góra paru stronach, w przystępnej formule, zacznie  cyrkulować wśród wrocławian inicjując poważną i otwartą (!) dyskusję.  Przykładów do naśladowania jest sporo, wystarczy   poszperać w internecie.

 via polis


Oczywiście, spory są nie do uniknięcia  i dobrze. Rzecz w tym, aby  inne racje zostały nie tylko wyartykułowane, lecz  potraktowane poważnie. Wówczas  po długim okresie społecznych konsultacji, w której padną głosy znawców tematu, fachowców, a więc mających walor samo-edukacyjny,  przyjdzie pora na wiążące decyzje. Decyzje, które nikogo nie będą zaskakiwać i nie będą ze sobą sprzeczne. Na razie, odnoszę wrażenie, że proces ich podejmowania jest tak chaotyczny,  jak ruchy osoby, która ogania się od osy.