poniedziałek, 31 grudnia 2012

Chińska przestroga dla pijących w Sylwestra

Przeszłość roi się od przykładów "mechanicznego poprawianiu" ludzi. Takich, którym zwykłe towarzyszyły humanitarne przesłanki i pobudki.  Weźmy na przykład metodę lobotomii, za której  opracowanie António Egas Moniz otrzymał w 1949 roku nagrodę Nobla. 



Czytam właśnie, jak w Chinach wyciąga się z nałogu alkoholików, narkomanów: wprowadzając do mózgu elektrody, aby za pomocą prądu wypalać komórki jądra półleżącego, które jest odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Pacjent traci ochotę do picia wódki, palenia zakazanych substancji i kłucia żył. Proste. A że skutecznie przy okazji degeneruje się jego zdolność - jak przestrzegają inni naukowcy - do odczuwania miłych wrażeń związanych choćby ze spożywaniem posiłku, uprawieniem sexu, słuchaniem muzyki, tańczeniem lub czytaniem książek, jakie ma to znaczenie... zwłaszcza, jeśli uwzględnimy ulgę, którą chirurgiczna interwencja przynosi bliskim narkomana i korzyść, którą odczuje   społeczeństwo, nie radzące sobie z plagą pijaństwa; a może precyzyjniej państwo - nieskore finansować, w znaczącym i zadowalający stopniu, masowe ale i bardziej wyrafinowane - niż kłucie elektrodami - programy pomocy uzależnionym. 

 I znów wracam do historii, bo przecież uczy nas ona iż powoływanie się na społeczne korzyści często ma miejsce tylko po to, aby usprawiedliwiać haniebne czyny i bezeceństwa.  I jeśli mamy serio traktować płynącą z historii przestrogę, to należy już teraz widzieć chirurgiczne praktyki w szerszym kontekście: ideologii i systemu, które panują w Chinach. 





niedziela, 30 grudnia 2012

Dziwny, dziwny rok 2012

Daruje sobie rytualne wyliczanie książek, filmów, piosenek. W sporządzaniu corocznych kwerend  i rankingów są lepsi ode mnie specjaliści. Przywołam za to moje rozczarowania i zdziwienia, związane z biegiem zdarzeń mijającego roku.

Największe zdziwienie wiąże się znaczącą ciszą, która zapanowała po odtrąbionym zwycięstwie nad ACTA. Wielu za sukces uznało fakt, że przez kraj przetoczyła się fala ulicznych protestów nie spotykanych od  czasów Solidarności. Zastanawiam się, co porabiają owe dziesiątki tysięcy zwolenników wolności, przeciwników cenzury w necie. Jak użytek czynią ze zdobytego wówczas doświadczenia? W co się zaangażowali? W jakim stopniu tamte przeżycia mają dla nich wymiar generacyjny? Czy za pewien czas będą się na nie powoływać? Na jakiej manifestacji? Oby nie oeneru.... Mam nadzieję, że jakiś instytut to zjawisko wziął pod socjologiczną lupę.

Na publicznej arenie nie pojawiła się żadna większa inicjatywa, która problem  prywatności w sieci, cenzury, nadzoru, i jakże obszernego zbioru pokrewnych zagadnień, wprowadziłaby  na stałe do publicznej dyskusji. To, o czym wspominam jest sensem działania ledwie kilka fundacji i stowarzyszeń. Owszem, wykonują skutecznie pozytywistyczną robotę, pełnią rolę think tanków. Ale między sferą ich poczynań, a masami, które widzieliśmy na ulicach zimą tego roku nie ma żadnej nici porozumienia. Nic z atmosfery tamtych wydarzeń nie przetrwało. To było przypadkowe i chwilowe spotkanie dwóch odległych światów: chłodnego akademickiego dyskursu i gorączkowego młodzieńczego oburzenia.

Akurat na Zachodzie sprawy wyglądają zgoła inaczej. Zakres wolności, skala nadzoru w cyfrowym świecie, rola biznesu i technologii, wreszcie odpowiedzialność polityczna  za zachodzące zmiany - o  tym wszystkim się na okrągło, burzliwie spiera i dyskutuje. Ten konglomerat problemów nadaje sens aktywności rozmaitych osób, inicjatyw, środowisk. Nie będę się nad ich skutecznością i zasięgiem rozwodził, podam dwa różne przykłady:  Max Schrems i znane w hakerskim świecie hasło: CryptoParty.


Co ponadto? Zaskakuje mnie, dla odmiany pozytywnie, dokonujący się na naszych oczach skok od biga data do open data.  Dziennikarze, politycy, socjolodzy, epidemiolodzy, planiści, urbaniści - długo wymieniać profesje, które dostrzegają pożytki płynące z dostępu do danych statystycznych i ich badawczej "obróbki". Jak na przykład ma to miejsce w Holandii.

0. Democracy without secrets. from nulpunt on Vimeo.



Największą korzyść ma oczywiście obywatel:  sięgając po opracowane w przystępny i obrazowy sposób urzędowe informacje może wyrobić sobie pogląd na temat decyzji, procesów, zjawisk, i koniec końców,  jest w stanie dokonywać wyborów sensowniejszych niż gdy dostępu do informacji jest pozbawiony. Rzućcie okiem na wideo.



Tylko na chwilę powiało optymizmem, bo z gruntu rozczarowujące jest to, jak nieruchawo na ten trend reagują nasi rodzimi decydenci.

Wrocławski, pełen pesymizmu, przykład - spędziłem ostatni, grudniowy piątek  na sesji rady miejskiej Wrocławia przysłuchując się sporom wokół projektu budżetu na 2013 rok. Polityczna wrzawa, retoryczne popisy i personalne złośliwostki zastąpiły dyskusję o konkretnych liczbach. Ile miasto ma przeznaczyć na edukację w porównaniu z poprzednimi latami? Jaka część sumy przypadnie na konkretną dzielnicę i w relacji do żyjących na danym obszarze uczniów? Jakie fundusze urząd miejski zarezerwuje na sprzątanie ulic i jak ta kwota ma się do sum wydawanych przez inne polskie miasta o zbliżonej wielkości? Jaki procent pieniędzy zarezerwowanych na kulturę zostanie przeznaczony na edukację kulturalną i wydarzenia w peryferyjnych dzielnicach, a ile na koncerty organizowane na  Rynku?
Takie pytanie nie padły. I nikt pewnie nie potrafiłby na nie od razu odpowiedzieć. Całkiem zasadne pytania, z perspektywy politycznej młócki okazały się nie posiadać znaczenia.
Pojąć tego i wytłumaczyć nie sposób, wszak trafiło na gremia do dyskusji nad finansami predestynowane.  Matematyka przegrała z politycznym mętnym żywiołem.
I na koniec mało pocieszająca konkluzja: jeśli radni mają problemy z analizą projektu budżetu, to jakim to jest wyzwaniem dla mieszkańca?

***
Żegnając rok 2012 nie mam złudzeń, że następca w kalendarzu odziedziczy te same emocje i kłótliwość, które od lat rządzą polską polityką. Klasie politycznej pozostaje wałkowanie tych samych problemów, tym samym językiem. Choć wiele się wokoło zmienia i czas nie stoi w miejscu.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Do sklepu po zbawienie

Im więcej kupujesz, tym lepiej dla produktu krajowego brutto. Oto ukryte, konkretne przesłanie tych świąt. Oczywiście owe "im więcej" wcale nie gwarantuje pomyślności na innym, indywidualnym polu: nie musimy poczuć się lepiej, być zdrowszym i rozsądniej gospodarzyć naszymi zasobami. Oczywiście, dzięki obfitości zakupów zyskamy w oczach innych, którzy  wraz z nami pielgrzymowali z wózkami po marketach.  Dziś zdolność do nabywania towarów i usług (nierzadko w ostentacyjny sposób) - jak nigdy wcześniej  i jak nic innego - wyznacza społeczny status (dawniej decydujący głos przyznawano innym atrybutom i aktywnościom). Świąteczne kolejki są odmianą rytuału: wściekamy się, że są za długie, ale uznajemy je za coś oczywistego i niezbędnego...dla klimatu świąt.

Zaś jako nieoczywista, niemal niedorzeczna, wyda się każdemu konsumentowi odezwa "Buy Nothing Christmas". To hasło globalnej kampanii propagowanej przez magazyn "Adbusters", od paru dekad uprawiającego culture jamming, nie spotka się u nas z żywym odzewem. Jednak, gdy patrzę na niepomierne zdziwienie wypisane na twarzy prezenterki CNN dociekającej bezradnie, o czym  mówi twórca "Adbusters", wspominający o oczywistych powiązaniach między konsumpcjonizmem, a problemami współczesnego świata, sądzę że nie odstajemy za bardzo od Amerykanów. Choć marna to pociecha.




Twórca "Adbusters", Kalle Lasn, ma 70-tkę na karku. Z pochodzenia jest Estończykiem. Po studiach matematycznych opracowywał na zlecenie australijskiej armii scenariusze potencjalnych konfliktów, potem związał się z branżą reklamową  i nabywał doświadczenie pracując w Tokio. Życiowe cele i zapatrywania zmienił zafascynowany rewoltą studencką lat 60. Zaś pismo "Adbusters" założył wspólnie z kolegą-filmowcem, angażując się w obronę kanadyjskich lasów zagrożonych intensywnym wyrębem. Magazyn dystrybuowany jest do ponad 70 tys. czytelników na całym świecie. Grono jest większe, uwzględniwszy kolejne tysiące korzystające z  jego wersji on-line.
Każda istotna analiza ruchu Occupy musi kierować uwagę na kanadyjską siedzibę redakcji "Adbusters", gdzie narodziła się idea okupowania Wall Street.  Dziennikarz New York Times'a kreśląc sylwetkę Lasn'a przypomina, że wzywając do protestów w sercu światowej finansjery, on sam ani razu nie pokwapił się z wizytą do Nowego Jorku. Sprzeczność? Skądże znowu. Lasn pokłada nadzieję nie w charyzmacie liderów, spójnej politycznej strategii, lecz w błyskawicznym rozprzestrzenianiu się idei, postaw, stylów, inaczej mówiąc: memów (kulturowych wirusów). W post-Mcluhanowskim świecie nieustannie multiplikujących się powiązań, takie myślenie ma sens.




Zatem "Buy Nothing Christmas" nie musi spotkać się z natychmiastowym odzewem. Nie ma przypisanej politycznej agendy zawierającej wyraźną konkluzję. To czysty mem i jest kwestią czasu oraz dogodnego kontekstu, kiedy  skutecznie zmutuje.  Ale to już historia, którą napiszą inni.

środa, 19 grudnia 2012

W święta wszyscy jesteśmy z Radomia

Stygmatyzacja w czasach internetu. Brzmi poważnie, jak tytuł pracy naukowej. A rzecz odnosi się do banalnej wielce historii. Na społecznościowych portalach robi furorę filmik z ulicznej wigilii w Radomiu: tłum w mig ogałaca świąteczny stół z potraw i napojów, w tle lecą ckliwe kolędy. Obraz śmieszy, gorszy, wprawia w zażenowanie. W necie sypią się komentarze, z grubszą ujmując, niepochlebne wobec uczestników zdarzenia, bo  jakże by inaczej zareagować? Przyznaję, sam atmosferze uległem,   i mam poczucie niesmaku.

Niewątpliwy brak namysłu, typowy dla zbiorowych zachowań, pociągnął za sobą kolejną falę, już mniej dającą się wytłumaczyć masowym popędem. Wszak każdy z nas osobno, siedział przed komputerem. A jednak ruszyła fala.  Klikając w komputer lud rzucił się do komentowania. Uwiecznionym po-wsze-cyfrowe-czasy postaciom  przypisano role pazernych, zachłannych i godnych pożałowanie indywiduów.  Detal, że ktoś starszy podaje butelkę komu innemu, jakoś mało kogo obchodzi. Kto jest sprawniejszy w kpinie i w wyrażaniu oburzenia, na tle obśmianych może się poczuć lepiej, nieprawdaż?
A przecież, powiedzmy sobie szczerze, w każdym mieście i mieścinie, od Bałtyku po Tatry, mają miejsce podobne sceny.  Choć nie są ujęte tak dosadnie przez oko kamery, to przecież doświadczamy ich niemal regularnie, nie tylko od święta, więc bardzo powierzchowne jest nasze zdziwienie i oburzenie.
Zatem jeśli śmiejemy się z Radomia, to musimy pamiętać, że taki Radom jest wszędzie, ukryty pod różnymi nazwami na mapie Polski.  A zresztą, gdyby nasze internetowe "wzmożenie" traktować poważnie, to święta w polskich domach wyglądałyby wyjątkowo inaczej, a będzie jak zwykle.  W chaosie, w nerwach, na ostatnią chwilę,  pazernie, bez głębi.
 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dlaczego młodzież nie ma prawa głosu?

Większość dorosłych nie czyta książek, ani codziennej prasy, z wyjątkiem tabloidów. Z głów im uleciała, jak powietrze, niemal cała szkolna wiedza. Telewizja pełni dla nich rolę dostarczyciela rozrywki oraz porcjowanych newsów. Dorośli nie chodzą do kina ani tym bardziej do teatru. Nie dyskutują o polityce w sposób rozumny i samokrytyczny, lecz tylko po to, aby uzewnętrznić swoje emocje. W ogóle nie przyjmują do wiadomości, że  polityka może być narzędziem rozwiązywania ich życiowych problemów. 
Jasne, upraszczam, ale nie trywializuję. Kontynuuję więc ten kierunek i stwierdzam: w gronie osób, które prowadzą aktywne życie dominują nastolatkowie. Są ciekawi świata i wrażliwi. Skłonni bardziej rzeczywistość zmieniać nić akceptować jej ograniczenia i niedomagania. Chętnie niosą pomóc innym, czego dowodem jest choćby Wielka Orkiestra Pomocy Świątecznej. Są bardziej obrotni i sprawni w poruszaniu się po świecie nowych mediów oraz technologii. Dlaczego więc nie obniżyć progu wyborczego i już 16-latkom nie dać prawa wyborczego?  Brak im doświadczenia? W jakiej sferze ustępują dorosłym i czy na pewno formalnie "zagwarantowana" dojrzałość ma związek z dojrzałością autentyczną?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Rowerowy test hipokryzji

Skończmy z iluzją, że urzędników polskich miast  obchodzą rowerzyści i traktują  ich całkiem serio. Jest dokładnie na odwrót, zima jest tego dowodem. Nie trzeba być bystrym, by zauważyć, że odśnieżane są najpierw jezdnie, w dalszej kolejności chodniki, a ścieżki rowerowe nie są oczyszczane w ogóle. I taka hierarchia ważności w biurokratycznych głowach - dla których rower  to fanaberia znudzonych mieszczuchów - obowiązuje przez cały rok, niezależnie od pogody.  

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Smart city - mądrzejsze spojrzenie na miasto

Nie smukłe wieżowce, wielopasmowe drogi, nawet najbardziej nowoczesny port lotniczy decydują dziś o miejscu w rankingu nowoczesnych miast Europy.  Powyższe kryteria są archaiczne, rodem z epoki industrialnego rozmachu, który mierzył wszystko nie skalą człowieka,  lecz fabrycznych hal i kominów.  Zajrzycie do indeksu zielonych miast Siemensa. Następnie do artykułu "The Top 10 Smartest European Cities"  zamieszczonego w  Co.Exist. Z perspektywy,  jaką daje lektura oceńcie aspiracje rozwojowe oraz  horyzonty włodarzy naszych polskich miast. 

Nie  ma co załamywać rąk, nie od razu Rzym zbudowano. Można zacząć od prostych spraw:  naprawy tego, co szwankuje, zawadza nam na drodze.