Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2013

Aaaaaa, Grodzka wicemarszałkiem

Chłoniemy obrazki, jak gąbka wodę. Z początkiem tygodnia pełno wszędzie zdjęć Anny Grodzkiej na przemian z fotkami Krystyny Pawłowicz. Przekładaniec, którym ma - z redaktorskiego założenia - dawać po oczach. Druga tak gratka-jatka może się nie zdarzyć.
Na wizualny komunikat i idące zanim "analizy" osobowości Krystyny Pawłowicz oraz  Anny Grodzkiej wielu zareaguje manifestacyjnie: grymasem zniesmaczenia, lekceważącym machnięciem dłoni, teatralnym prychnięciem, mniej lub bardziej szczerym zdumieniem. Jak one (czy na pewno one) wyglądają? Co sobą reprezentują? Skąd się wzięły? Co one wygadują? 
Zapominamy o meritum sprawy, której nie mieści się w logice medialnego cyrku.  Batalia na argumenty o zmiany w prawie, zakres polityki równościowej, o funkcję wicemarszałka sejmu,  ginie w tężejących oparach groteski. Media konfrontując ze sobą, uprzednio wyeksponowane figury zwaśnionych kobiet, od rzeczowej dyskusji wolą nawalankę w błocie. Z tego błota trudno będzie się wszystkim, nie tylko politykom, podnieść.

***
Pawłowicz mogła gadać z mównicy,  co jej się żywnie  podoba. Kijem rzeki nie zawróci. Mnie zniesmaczyła. Rozliczą ją wyborcy, ewentualnie sejmowa komisja etyki. Jeśli reprezentuje stanowisko PiS, to tym gorzej dla tej partii, bo oddala ją od umiarkowanego centrum.  Zaś Grodzka  mogłaby z powodzeniem, wedle wypracowanych w parlamencie zasad, zostać sejmowym wicemarszałkiem. Prawicy pozostałoby grymaszenie, ale i tak w końcu wziąłby górę zdrowy rozsądek i zwyciężyło przekonanie, że procedury są z natury neutralne, a z perspektywy czasu korzystne dla każdego, kto sprawność parlamentarnej machiny i jakość debaty ma na uwadze. Na tym polega normalność, której wątpliwi rzecznicy ostatnio są tak uaktywnili. Grodzka stojąca na straży sejmowych procedur jest do zaakceptowania i do wyobrażenia, jeśli tylko potrafiłaby trzymać nerwy na wodzy. Ale ten wybór, dziś, w klimacie histerii, po tym wszystkim, co się wydarzyło, jest raczej wątpliwy. Może za parę lat, w kolejnym parlamentarnym rozdaniu.

sobota, 26 stycznia 2013

Polska - parlament na miarę XIX wieku

Trzeba mieć wielce wygórowane mniemanie o własnych kompetencjach żeby zasiadając w parlamencie, który ma niezwyczajne (jak na standardy europejskie) problemy z tworzeniem dobrego prawa regulującego zasadnicze sfery życia publicznego (np. podatki, gospodarka odpadami), uważać się  - górnolotnie - za obrońcę cywilizacji. Zarazem twierdzić, że powstrzyma się  przemiany kulturowe, które sprawiają że mamy tak wiele związków partnerskich (a będzie ich przybywać, gdyż zmieniają się społeczne normy, zaś wpływ Kościoła na obyczajowość maleje).

Konserwatyści mają akurat tyle okazji  w roku i tyle narzędzi, począwszy od politycznych instytucji, mediów i autorytetu różnych religii, że mogą skutecznie wspierać tradycyjny model rodziny i rodzinę jako taką, bez szerzenia paniki. Zamiast wzmagać fobię niech się zajmą organiczną pracą, a zatem niech zakładają fundacje charytatywne, walczą o sensowny system podatkowy, ulgi prorodzinne, dodatkowe pieniądze na edukacje najmłodszych. Niech pomagają rodzinom wielodzietnym, gdyż te są bardziej niż inne narażone na ubóstwo i pozostawione same sobie. Niech konserwatywne bractwo, tak ponad miarę zatroskane stanem moralności całej reszty, pozwoli reszcie żyć i skończy wreszcie z  nakręcaniem moralnej histerii.

niedziela, 30 grudnia 2012

Dziwny, dziwny rok 2012

Daruje sobie rytualne wyliczanie książek, filmów, piosenek. W sporządzaniu corocznych kwerend  i rankingów są lepsi ode mnie specjaliści. Przywołam za to moje rozczarowania i zdziwienia, związane z biegiem zdarzeń mijającego roku.

Największe zdziwienie wiąże się znaczącą ciszą, która zapanowała po odtrąbionym zwycięstwie nad ACTA. Wielu za sukces uznało fakt, że przez kraj przetoczyła się fala ulicznych protestów nie spotykanych od  czasów Solidarności. Zastanawiam się, co porabiają owe dziesiątki tysięcy zwolenników wolności, przeciwników cenzury w necie. Jak użytek czynią ze zdobytego wówczas doświadczenia? W co się zaangażowali? W jakim stopniu tamte przeżycia mają dla nich wymiar generacyjny? Czy za pewien czas będą się na nie powoływać? Na jakiej manifestacji? Oby nie oeneru.... Mam nadzieję, że jakiś instytut to zjawisko wziął pod socjologiczną lupę.

Na publicznej arenie nie pojawiła się żadna większa inicjatywa, która problem  prywatności w sieci, cenzury, nadzoru, i jakże obszernego zbioru pokrewnych zagadnień, wprowadziłaby  na stałe do publicznej dyskusji. To, o czym wspominam jest sensem działania ledwie kilka fundacji i stowarzyszeń. Owszem, wykonują skutecznie pozytywistyczną robotę, pełnią rolę think tanków. Ale między sferą ich poczynań, a masami, które widzieliśmy na ulicach zimą tego roku nie ma żadnej nici porozumienia. Nic z atmosfery tamtych wydarzeń nie przetrwało. To było przypadkowe i chwilowe spotkanie dwóch odległych światów: chłodnego akademickiego dyskursu i gorączkowego młodzieńczego oburzenia.

Akurat na Zachodzie sprawy wyglądają zgoła inaczej. Zakres wolności, skala nadzoru w cyfrowym świecie, rola biznesu i technologii, wreszcie odpowiedzialność polityczna  za zachodzące zmiany - o  tym wszystkim się na okrągło, burzliwie spiera i dyskutuje. Ten konglomerat problemów nadaje sens aktywności rozmaitych osób, inicjatyw, środowisk. Nie będę się nad ich skutecznością i zasięgiem rozwodził, podam dwa różne przykłady:  Max Schrems i znane w hakerskim świecie hasło: CryptoParty.


Co ponadto? Zaskakuje mnie, dla odmiany pozytywnie, dokonujący się na naszych oczach skok od biga data do open data.  Dziennikarze, politycy, socjolodzy, epidemiolodzy, planiści, urbaniści - długo wymieniać profesje, które dostrzegają pożytki płynące z dostępu do danych statystycznych i ich badawczej "obróbki". Jak na przykład ma to miejsce w Holandii.

0. Democracy without secrets. from nulpunt on Vimeo.



Największą korzyść ma oczywiście obywatel:  sięgając po opracowane w przystępny i obrazowy sposób urzędowe informacje może wyrobić sobie pogląd na temat decyzji, procesów, zjawisk, i koniec końców,  jest w stanie dokonywać wyborów sensowniejszych niż gdy dostępu do informacji jest pozbawiony. Rzućcie okiem na wideo.



Tylko na chwilę powiało optymizmem, bo z gruntu rozczarowujące jest to, jak nieruchawo na ten trend reagują nasi rodzimi decydenci.

Wrocławski, pełen pesymizmu, przykład - spędziłem ostatni, grudniowy piątek  na sesji rady miejskiej Wrocławia przysłuchując się sporom wokół projektu budżetu na 2013 rok. Polityczna wrzawa, retoryczne popisy i personalne złośliwostki zastąpiły dyskusję o konkretnych liczbach. Ile miasto ma przeznaczyć na edukację w porównaniu z poprzednimi latami? Jaka część sumy przypadnie na konkretną dzielnicę i w relacji do żyjących na danym obszarze uczniów? Jakie fundusze urząd miejski zarezerwuje na sprzątanie ulic i jak ta kwota ma się do sum wydawanych przez inne polskie miasta o zbliżonej wielkości? Jaki procent pieniędzy zarezerwowanych na kulturę zostanie przeznaczony na edukację kulturalną i wydarzenia w peryferyjnych dzielnicach, a ile na koncerty organizowane na  Rynku?
Takie pytanie nie padły. I nikt pewnie nie potrafiłby na nie od razu odpowiedzieć. Całkiem zasadne pytania, z perspektywy politycznej młócki okazały się nie posiadać znaczenia.
Pojąć tego i wytłumaczyć nie sposób, wszak trafiło na gremia do dyskusji nad finansami predestynowane.  Matematyka przegrała z politycznym mętnym żywiołem.
I na koniec mało pocieszająca konkluzja: jeśli radni mają problemy z analizą projektu budżetu, to jakim to jest wyzwaniem dla mieszkańca?

***
Żegnając rok 2012 nie mam złudzeń, że następca w kalendarzu odziedziczy te same emocje i kłótliwość, które od lat rządzą polską polityką. Klasie politycznej pozostaje wałkowanie tych samych problemów, tym samym językiem. Choć wiele się wokoło zmienia i czas nie stoi w miejscu.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Do sklepu po zbawienie

Im więcej kupujesz, tym lepiej dla produktu krajowego brutto. Oto ukryte, konkretne przesłanie tych świąt. Oczywiście owe "im więcej" wcale nie gwarantuje pomyślności na innym, indywidualnym polu: nie musimy poczuć się lepiej, być zdrowszym i rozsądniej gospodarzyć naszymi zasobami. Oczywiście, dzięki obfitości zakupów zyskamy w oczach innych, którzy  wraz z nami pielgrzymowali z wózkami po marketach.  Dziś zdolność do nabywania towarów i usług (nierzadko w ostentacyjny sposób) - jak nigdy wcześniej  i jak nic innego - wyznacza społeczny status (dawniej decydujący głos przyznawano innym atrybutom i aktywnościom). Świąteczne kolejki są odmianą rytuału: wściekamy się, że są za długie, ale uznajemy je za coś oczywistego i niezbędnego...dla klimatu świąt.

Zaś jako nieoczywista, niemal niedorzeczna, wyda się każdemu konsumentowi odezwa "Buy Nothing Christmas". To hasło globalnej kampanii propagowanej przez magazyn "Adbusters", od paru dekad uprawiającego culture jamming, nie spotka się u nas z żywym odzewem. Jednak, gdy patrzę na niepomierne zdziwienie wypisane na twarzy prezenterki CNN dociekającej bezradnie, o czym  mówi twórca "Adbusters", wspominający o oczywistych powiązaniach między konsumpcjonizmem, a problemami współczesnego świata, sądzę że nie odstajemy za bardzo od Amerykanów. Choć marna to pociecha.




Twórca "Adbusters", Kalle Lasn, ma 70-tkę na karku. Z pochodzenia jest Estończykiem. Po studiach matematycznych opracowywał na zlecenie australijskiej armii scenariusze potencjalnych konfliktów, potem związał się z branżą reklamową  i nabywał doświadczenie pracując w Tokio. Życiowe cele i zapatrywania zmienił zafascynowany rewoltą studencką lat 60. Zaś pismo "Adbusters" założył wspólnie z kolegą-filmowcem, angażując się w obronę kanadyjskich lasów zagrożonych intensywnym wyrębem. Magazyn dystrybuowany jest do ponad 70 tys. czytelników na całym świecie. Grono jest większe, uwzględniwszy kolejne tysiące korzystające z  jego wersji on-line.
Każda istotna analiza ruchu Occupy musi kierować uwagę na kanadyjską siedzibę redakcji "Adbusters", gdzie narodziła się idea okupowania Wall Street.  Dziennikarz New York Times'a kreśląc sylwetkę Lasn'a przypomina, że wzywając do protestów w sercu światowej finansjery, on sam ani razu nie pokwapił się z wizytą do Nowego Jorku. Sprzeczność? Skądże znowu. Lasn pokłada nadzieję nie w charyzmacie liderów, spójnej politycznej strategii, lecz w błyskawicznym rozprzestrzenianiu się idei, postaw, stylów, inaczej mówiąc: memów (kulturowych wirusów). W post-Mcluhanowskim świecie nieustannie multiplikujących się powiązań, takie myślenie ma sens.




Zatem "Buy Nothing Christmas" nie musi spotkać się z natychmiastowym odzewem. Nie ma przypisanej politycznej agendy zawierającej wyraźną konkluzję. To czysty mem i jest kwestią czasu oraz dogodnego kontekstu, kiedy  skutecznie zmutuje.  Ale to już historia, którą napiszą inni.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dlaczego młodzież nie ma prawa głosu?

Większość dorosłych nie czyta książek, ani codziennej prasy, z wyjątkiem tabloidów. Z głów im uleciała, jak powietrze, niemal cała szkolna wiedza. Telewizja pełni dla nich rolę dostarczyciela rozrywki oraz porcjowanych newsów. Dorośli nie chodzą do kina ani tym bardziej do teatru. Nie dyskutują o polityce w sposób rozumny i samokrytyczny, lecz tylko po to, aby uzewnętrznić swoje emocje. W ogóle nie przyjmują do wiadomości, że  polityka może być narzędziem rozwiązywania ich życiowych problemów. 
Jasne, upraszczam, ale nie trywializuję. Kontynuuję więc ten kierunek i stwierdzam: w gronie osób, które prowadzą aktywne życie dominują nastolatkowie. Są ciekawi świata i wrażliwi. Skłonni bardziej rzeczywistość zmieniać nić akceptować jej ograniczenia i niedomagania. Chętnie niosą pomóc innym, czego dowodem jest choćby Wielka Orkiestra Pomocy Świątecznej. Są bardziej obrotni i sprawni w poruszaniu się po świecie nowych mediów oraz technologii. Dlaczego więc nie obniżyć progu wyborczego i już 16-latkom nie dać prawa wyborczego?  Brak im doświadczenia? W jakiej sferze ustępują dorosłym i czy na pewno formalnie "zagwarantowana" dojrzałość ma związek z dojrzałością autentyczną?

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Smart city - mądrzejsze spojrzenie na miasto

Nie smukłe wieżowce, wielopasmowe drogi, nawet najbardziej nowoczesny port lotniczy decydują dziś o miejscu w rankingu nowoczesnych miast Europy.  Powyższe kryteria są archaiczne, rodem z epoki industrialnego rozmachu, który mierzył wszystko nie skalą człowieka,  lecz fabrycznych hal i kominów.  Zajrzycie do indeksu zielonych miast Siemensa. Następnie do artykułu "The Top 10 Smartest European Cities"  zamieszczonego w  Co.Exist. Z perspektywy,  jaką daje lektura oceńcie aspiracje rozwojowe oraz  horyzonty włodarzy naszych polskich miast. 

Nie  ma co załamywać rąk, nie od razu Rzym zbudowano. Można zacząć od prostych spraw:  naprawy tego, co szwankuje, zawadza nam na drodze.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Prezydent Wrocławia kontra "patrioci"

Ta wiadomość jest dla mnie pozytywnym zaskoczeniem: prezydent Wrocławia spotkał się z wiceministrem spraw wewnętrznych w związku z brutalną napaścią 11 listopada na squat Wagenburg po zakończonym pochodzie tzw. "patriotów". Dotąd we Wrocławiu obowiązywała urzędowa wykładnia wg. której większego problemu z ksenofobią, agresją i nienawiścią na tle rasowym, kulturowym nie ma.  Od poniedziałku jest inaczej.
Apel Rafała Dutkiewicza do ministra nadzorującego pracę policji o skuteczniejszą niż dotąd interwencję, jest jak najbardziej wskazany. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach, nie będzie twierdził, że problemu nie ma. 

Na stronie urzędu miejskiego widnieje znamienne zdanie: "same działania o charakterze edukacyjnym i wychowawczym, które już są prowadzone we wrocławskich  szkołach, nie wystarczą.". Co to oznacza? Być może, że za rok urząd miejski skorzysta z wszelkich dostępnych prawnie środków, aby nie dopuścić do manifestacji NOP i ONR.

czwartek, 8 listopada 2012

Romney i Obama. Kaczyński i Tusk

Romney o Obamie: Mam nadzieję, że jego ciężka praca przyczyni się do dobrobytu naszego kraju. Obama do swego konkurenta: Dziękuję Mittowi Romneyowi. Walczyliśmy ostro w kampanii, bo kochamy ten kraj i zależy nam na jego przyszłości".   
Ok, to tylko dawka kurtuazji na użytek wyborców. Co można powiedzieć o relacjach łączących(?) premiera naszego kraju z liderem głównej opozycyjnej partii? Nikt nie dopatrzy się tu śladowych ilości kurtuazji.  Czy  ich wzajemna, szczera i  gorąca niechęć, podsycana przez media, nie jest  diabelsko destrukcyjna? Nie dzieli Polaków bardziej niż wszystkie polityczne antagonizmy na szczytach władzy po 1989 roku, razem wzięte?

piątek, 2 listopada 2012

Rosja wprowadza internetową cezurę

Pod płaszczykiem walki ze "szkodliwymi treściami" od wczoraj w Federacji Rosyjskiej obowiązują cenzorskie regulacje. Rządowa agencja  Roskomnadzor może blokować i usuwać strony internetowe uznane za szkodliwe dla młodego pokolenia. W założeniu chodzi o pornografie dziecięcą oraz narkotyki, ale obrońcy praw człowieka  nie mają złudzeń, że na cenzurowanym znajdą się także portale i blogi krytycznie nastawione do Putina. Co więcej, to na operatorów telekomunikacyjnych i dostawców usług internetowych spada obowiązek kontrolowanie informacji przesyłanych przez ich łącza. Zatem administratorzy stosują technologię DPI, która daje możliwość podsłuchiwania rozmów prowadzonych np. na Skypie, czytania maili,  blokowania wiadomości zawierających konkretne słowa, a nawet ich modyfikowania.

Więcej szczegółów na stronie Wired.

Podwaliny pod system powszechnego nadzoru zbudowała służba bezpieczeństwa (FSB), wprowadzając w latach 90 system SORM dający możliwość kontrolowania rozmów telefonicznych i śledzenie internetowej aktywności. Nic nowego pod słońcem. Oby Federacja Rosyjska nie znalazła naśladowców. Na ACTA historia się nie kończy.

****
P.S. Jeden idiota z kamerą ciągle wzbudza większe oburzenie i szok niż oplatający nas  i nieustannie doskonalony system telewizyjnego monitoringu.


środa, 19 września 2012

Zmieniając nastawienie, zmieniając miasto.

Prawdziwa przemiana zaczyna się od zmiany myślenia. Inne nastawienie jest wyzwaniem dla rutyny i umysłowego bezruchu. Czasem zainicjowany impet  jest spory, sypią się kostki domina.

W jaki sposób w Jekaterynburgu uporano się z dziurami w drogach? Artyści przerobili je na portrety lokalnych dygnitarzy. Zniknęły w mig. 

***
Rozbudowa sieci rowerowych, profesjonalna kampania promująca rowery jako alternatywny, ekologiczny i bezpieczny (sic!) środek komunikacji  (dla każdego), zdaje się być zadaniem przekraczającym możliwości miejskiego magistratu (chodzi nie tylko o braki w miejskiej kasie) Problemy finansowe i materiałowe nie stanowiły ograniczenia dla designera Izhara Gafniego - skonstruował rower z kartonu. Koszt zamyka się w kwocie 9-12 dolarów.  Pojazd jest funkcjonalny i trwały.
Walcząc z otyłością wśród dzieci, zachęcając je do uprawnia sportów, magistrat mogłoby zafundować pojazdy szkołom. Pomysł zwariowany, acz niedrogi. I jeszcze gwarantujące rozgłos. A zaoszczędzone tym sposobem pieniądze, bo nie wydane na bardziej kosztowne promocyjne działania, spożytkować mógłby inaczej: łatając dziury, nim ktoś bezczelny skopiuje pomysł z  Jekaterynburga.



czwartek, 19 lipca 2012

Obyś czuł się bezpieczenie

Scenariusz jest prosty i wielce prawdopodobny. Za kilka lat dowody tożsamości trafią do lamusa, zastąpione przez systemy elektronicznego nadzoru. Idę o zakład.
Jaki bowiem jest pożytek z kawałka plastiku, jeśli tożsamość mamy potwierdzoną cyfrowo/online (żegnaj anonimowości), wokoło czuwają (24 godziny na dobę) kamery monitoringu, rozwijane są systemy identyfikacji twarzy, głosu, źrenic, możliwe jest podsłuchiwanie telefonów, monitorowanie ruchu w internecie, śledzenie via GPS? Każde z tych technologicznych narzędzi jest doskonalone, aby odpowiadało potrzebom społeczeństwa sieciowego/informacyjnego: programowanie =przewidywanie=bezpieczeństwo.
Teoretycznie już dziś - jeśli spiąć w całość rozproszone systemy prywatnego i państwowego monitoringu - niemożliwym staje się poruszanie się po mieście incognito.

Wgląd w powyższą problematykę oferuje rozmowa przeprowadzona przez dziennikarzy The Economist nt. elektronicznego nadzoru w USA: zapóźnień prawa względem technologicznych narzędzi, z jakich na co dzień korzystają tamtejsze organy ścigania.



Postęp w tej sferze jest ogromny. Już obecnie istnieją technologie skanowania odcisków palców na odległość, nawet gdy jest się w ruchu i ...macha rękami. Akurat wszelkiej maści służby  (korporacyjne i państwowe) tylko czekają na zielone światło od legislatorów, żeby z tych narzędzi zrobić legalny użytek.
Staram się regularnie zaglądać na blog Bruce'a Schneier'a, zwanego przez The Economist "security guru".  Ma  renomę, orientację i wiedzę,  trzyma rękę na pulsie.  Ostatnio z niedowierzaniem przyjął informację o testowanym przez amerykański Departament Bezpieczeństwa Narodowego skanerze, który pozwala z odległości ok. 50 metrów przenikać przez ubrania, wykrywając na ciele micro ślady niebezpiecznych substancji (np. narkotyków, ładunków  wybuchowych) oraz mierzyć w organizmie...poziom adrenaliny (!). Przenośny aparat zostanie wprowadzony do użytku w przeciągu 2 lat - informuje serwis Gizmodo. Uskuteczni kontrolę na amerykańskich granicach i w portach lotniczych.  A potem?

Wyobraźmy sobie, że nie jest to bujda na resorach, że chociaż fragment artykułu ma pokrycie w faktach. Zatem dzięki takim "udoskonaleniom" poczujemy się bezpieczniej (to pewne), jednocześnie znacząco zmieniając swój świat na podobieństwo tego z antyutopii "Minority Report".


wtorek, 17 lipca 2012

Posprzątamy po sobie, jak tylko przykręcą śrubę?

Wróciłem  zły z rowerowej przejażdżki po okolicy. Co rusz jakieś dzikie wyspiska. Ręce opadają. Wywózka odpadów do lasu stała się narodowym hobby, konkuruje ze zbieraniem grzybów.
Owszem, można w akcie donkiszoterii nękać telefonami i pismami urzędy odpowiedzialne za sprzątanie. Ta strategia przynosi zazwyczaj połowiczne efekty. Urzędnik, z nawyku, w geście bezradności rozłoży ręce i sięgnie po banalne alibii: walczymy z wiatrakami. Wandali i bałaganiarzy nie sposób namierzyć, złapać na gorącym uczynku. Mam rozumieć, że są nieuchwytni jak Batman? Nie, mamy za mało strażników miejskich i marne przepisy.

Aczkolwiek, urzędnicy czasem spuszczą z tonu, jeśli "wjedzie" im się na ambicję. Kilkanaście dzikich wysypisk, które powstały niecałe 2 kilometry od nowego wrocławskiego stadionu, zniknęło po mailowych sugestiach, że to obciach tolerować stosy odpadów pod nosem zagranicznych kibiców. 

Być może poprawę odczujemy dopiero latem przyszłego roku. Nowa ustawa o utrzymaniu czystości daje gminom czas do lipca 2013 r. na wprowadzenie podatku śmieciowego. Będzie naliczany w zależności od pow. mieszkania, liczby domowników albo ilości zużytej wody. Uderzy nas po kieszeni. Koniec, kropka. 
Mamy więc kij. Brakuje marchewki czyli zachęty, aby brać sprawę w swoje ręce, w przekonaniu że się opłaca, że warto.



W brazylijskim Jundiaí, śmieci nadające się do odzysku wymienisz na warzywa i owoce, uprawiane w miejskich ogrodach. Komunalny program "Pyszny recycling" prowadzony jest od 10 lat.Wystarczająco długo, aby mieszkańcy wyrobili sobie ekologiczne nawyki: sprzątania i zdrowego odżywiania. 
Rozwiązanie proste i efektywne: odwołuje się do indywidualnej zapobiegliwości  i smykałki.  Ale to raczej zbyt skomplikowany projekt jak na nasze realia. Wszak żyjemy w kraju, w którym przez ostatnie 30 lat nie udało się rozwiązać problemu skupowania butelek.

piątek, 13 lipca 2012

Razem po bandzie: poseł Niesiołowski i Baśka Kwarc kontra działkowcy

To jest pewien proces, pewnie będą protesty, jakieś burdy, ale jest demokracja. Lesbijka leży i protestuje pod Sejmem, będą leżeli też pewnie działkowicze. Niech leżą, wolno im - prawi poseł Niesiołowski, komentując niekorzystny dla Polskiego Związku Działkowców wyrok Trybunału Konstytucyjnego. (Niech posła lepiej nikt nie pyta, skąd mu do głowy przyszły lesbijki).
Poseł perorując w swoim sprawdzonym namiętnym stylu, tym razem o "budach, które blokują rozwój miast",  szerokim łukiem rozmija się z rzeczywistością. Na ziemię sprowadza go Adam Wajrak, polemizując na łamach "Gazety Wyborczej". 

Poselska łatwość w operowaniu pewnikami i naddatek sarkazmu pchają moje myśli w stronę pani Basi, tej z internetu, która lubuje się w nadużywaniu nieparlamentarnego żargonu. Owszem, ona też ma coś do udowodnienia działkowcom (NSFW). Tyle, że nikt nie traktuje tego serio.

czwartek, 12 lipca 2012

Radiohead w sporze z Komisją Europejską o prawa autorskie

Spór nie dotyczy osławionego piractwa, lecz  trybu wypłacania honorariów przez organizacje zarządzające zbiorowo prawami autorskimi. Oto bowiem  Komisja Europejska planuje zagwarantować  im dodatkowych 12 miesięcy na rozliczenie się z artystami. W przypadku, gdyby nazwisko twórcy nie zostało ustalone w przeciągu 5 lat,  stowarzyszenie przejmowałoby tantiemy.

You stole our hopes - napisali w liście do Komisji Europejskiej brytyjscy muzycy,  wśród m.in. członkowie Pink Floyd oraz Radiohead. O sprawie donosi portal Presseurop, powołując się na The Daily Telegraph.
Artyści wypominają unijnym urzędnikom, że nie wywiązali sie ze złożonej obietnicy ukrócenia praktyki przetrzymywania pieniędzy przez organizacje rozdzielające tantiemy.
Jeszcze nie opadł kurz bitewny po wielomiesięcznej batalii o ACTA, w której organizacje zarządzające zbiorowo prawami autorskimi szermowały hasłami obrony interesów i praw twórców, gdy krytykowane przez artystów same trafiły pod pręgierz.

niedziela, 8 lipca 2012

"Legalize love" - Google wspiera legalizację związków partnerskich

O nowej wymierzonej w homofobię kampanii Google, informuje m.in. Huffington Post.  Kampania, o wymiarze globalnym, oficjalnie miała ruszyć wczoraj (7 lipca), skupiając się na Singapurze i ...Polsce. 

It will tackle places where it is illegal to be gay, or where there are other anti-gay laws or where the culture is homophobic- relacjonuje gejowski portal GayStarNews, powołując się na  M. Palmer-Edgecumbe'a, przedstawiciela Google, uczestnika zorganizowanego w Londynie  globalnego szczytu dedykowanego mniejszościom seksualnym. Dalej czytamy w relacji, iż Palmer Edgecumble zapowiada lobbowanie rządów na rzecz praw środowisk LGTB.  Zatem, będą spotkania z ministrem Gowinem?
 
Spróbujcie, wpisując w wyszukiwarce Google hasło "Legalize Love", znaleźć oficjalne stanowisko tej firmy albo ślad kampanijnej agitacji: jakieś logo, motto, wide albo internetowy baner. Mnie się nie udało. Dziwna kampania, polegająca na braku kampanii. Chyba, że  cała historia to czysty  fake, choć w takim razie błyskawicznie powinno się pojawić dementii Google. Temat jest zbyt istotny, a firma zbyt znacząca, aby, ot tak, historię zbyć milczeniem. 

Jeśli jednak jest coś na rzeczy, pojawią się emocje i kontrowersje. Konserwatywno-prawicowa część sceny politycznej uderzy w bęben. Już widzę wysyp zjadliwych komentarzy, wezwania do bojkotu i  pikiety przed polskim biurem Google.  Może właśnie obawy przed radykalną reakcją sprawiły, iż zamiast oficjalnej inauguracji kampanii "zalegalizujmy miłość" mamy   kampanię "ciszej o tej miłości"?

sobota, 7 lipca 2012

Kokainowa "The Machine" Tomasza Bagińskiego

Co łączy stalowe łapy, biały proszek i strużkę krwi pod nosem? Wyjaśnia Tomasz Bagiński w reklamówce (zrobionej na zamówienie agencji Leo Burnett London) dla społecznej  kampanii antynarkotykowej. 


Cocaine Unwrapped - The Machine from Platige Image on Vimeo.

Dydaktyczne przesłanie - iż  wciągając kokainę pomnażasz zło i szerzysz destrukcję - jest oczywiste i trudno się z nim nie zgodzić. Hasło spotu sugeruje, że kokainiści utrzymują przy życiu złowrogą maszynerię. Ale kto ją skonstruował? Rzecznicy depenalizacji narkotyków nie mają wątpliwości. Ale to temat na inną reklamówkę.

piątek, 6 lipca 2012

Bezpieczne czaty: Cryptocat i ChatStep

Prywatności w necie jest jak na lekarstwo. Kto jej pożąda, słono zapłaci, jak za każdą usługę premium.  Tak będzie wyglądała nasza przyszłość.
Casus Facebooka - kontrowersje, które budzi polityka prywatnościowa społecznościowego giganta -  powinny z kolei wzbudzać naszą czujność, jeśli wręcz nie skłaniać do szukania alternatyw, prywatnych, a zarazem bezpiecznych kanałów komunikacji.
Lifehacker  zachwala ChatStep. Jest prosty w obsłudze jak zapalniczka. Serwis nie zapisuje naszych rozmów. Zaszyfrowane wiadomości znikają wnet, bez śladu, gdy tylko użytkownik wyjdzie z chat roomu.  W podobny sposób funkcjonuje Cryptocat.


Cryptocat Adventure! from Nadim Kobeissi on Vimeo.

czwartek, 5 lipca 2012

WikiLeaks: Syria na celowniku

Gdy  Julian Assange, schroniwszy się w londyńskiej ambasadzie Ekwadoru, kolejny dzień oczekuje na przyznanie azylu, WikiLeaks ujawnia mailową korespondencję syryjskich reżimowych władz. To blisko 2,5  mln maili, wysłanych do kilkuset tysięcy adresatów, w latach 2006 -12. 68 tysięcy maili zawiera korespondencję  w języku rosyjskim, kolejne 48 tysięcy zainfekowana jest trojanami. 

źródło: wikileaks

Analizą maili zajmuje się m.in. agencja Associated Press (do czasu). Zazwyczaj, "przecieki" kończą się wysypem mniej lub bardziej poważnych prasowych rewelacji, stawiających jednak w trudnym położeniu władze i dyplomację różnych krajów. Nie bez powodu Amerykanie zagięli na Assange'u parol;  najchętniej widzieliby go w więzieniu. 
Dyplomacja ma w zwyczaju unikać rozgłosu, woli dyskrecję i poufne działania. Nie leży w jej naturze publicznie rozstrząsanie wątpliwości i moralnych dylematów.  
W kogo najmocniej uderzą "Syria Files"? W Rosję, sojusznika Assada? To się okaże. Ale "przeciek" jest sygnałem, że pomimo poważnych tarapatów Assange'a, WikiLeaks działa. Organizacja nadal się liczy, tym razem komplikując zakulisowe rozgrywki trwające wokół Syrii i tajmtejszego reżimu.

niedziela, 1 lipca 2012

Drakońsko o zgromadzeniach


Zgadzam się z Ewą Siedlecką i myślę, że  nowa ustawa o zgomadzeniach powstała z podszeptów autorytarnego diablika.  Niby w trosce o bezpieczeństwo i ład, jakby dotychczasowe prawo było funta kłaków warte, głównie dla świętego urzędniczego spokoju, prezydenci miast i lokalne władze dostaną do rąk narzędzie krępujące obywatelską aktywność. I nie incydentalnie  - to pewne - ochoczo z niego skorzystają.
Politycy gardłują w mediach, że to konieczność i powołują się na casus jedenastolistopadowych burd. Zdziwią się jednak bardzo, jak dojdzie do powtórki z protestów wokół ACTA, kiedy  manifestacje w obronie obywatelskich praw zgromadzą osoby o kosmicznie różnych ideologiach i przekonaniach.