Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lutego 2013

10 przykazań cnotliwego ateisty wg. Alaina de Bottona

Przykazanie pierwsze jest najważniejsze, gdyż warunkuje resztę moralnych zaleceń. Tak ma się  np. z biblijnym dekalogiem, w którym przywołuje się Boga jako ustawodawcę i główny punkt odniesienia. 
Alain de Botton w swoim zbiorze przykazań dla ateistów największe znaczenie przypisuje wytrwałości, w sytuacji, gdy sprawy mają się źle. Dopiero drugie przykazanie rezerwuje dla empatii. Ateizm jest mi obcy,  unieważnia prawo do wątpienia, zatem jest jak religia równie dogmatyczny (niejako à rebours),  ale też nie z tego powodu kodeks zaproponowany przez Bottona uważam za pomyłkę.   




Alain de Botton's 'list for life'
Resilience: Keeping going even when things are looking dark.
Empathy: The capacity to connect imaginatively with the sufferings and unique experiences of another person.
Patience: We should grow calmer and more forgiving by being more realistic about how things actually happen.
Sacrifice: We won't ever manage to raise a family, love someone else or save the planet if we don't keep up with the art of sacrifice.
Politeness: Politeness is closely linked to tolerance, -the capacity to live alongside people whom one will never agree with, but at the same time, cannot avoid.
Humour: Like anger, humour springs from disappointment, but it is disappointment optimally channelled.
Self-awareness: To know oneself is to try not to blame others for one's troubles and moods; to have a sense of what's going on inside oneself, and what actually belongs to the world.
Forgiveness: It's recognising that living with others is not possible without excusing errors.
Hope: Pessimism is not necessarily deep, nor optimism shallow.
Confidence: Confidence is not arrogance - rather, it is based on a constant awareness of how short life is and how little we will ultimately lose from risking everything.

Żródło: The Age

Za elementarne przykazanie, któremu winniśmy być wierni w naszych codziennych poczynaniach,  uważam nie szkodzenie innym, a tym bardziej - ujmując zagadnienie skrajnie - pozbawienie kogokolwiek życia. To elementarne zalecenie wg. buddyzmu w ogóle obejmuje wszystkie żywe istoty. Koniec, kropka.

Swoją drogą, problemem nie jest brak właściwych dekalogów, kodeksów, wartościowych systemów etycznych, wręcz przeciwnie jest  ich cała mnogość. Można w nich przebierać do woli. Problemem jest letni doń i błahy stosunek. A to jest kwestia bardziej edukacji i psychologii niż  religijnej lub filozoficznej podbudowy. Osoba nawet najbardziej poczytnego eseisty i pisarza ze słusznymi filozoficznymi ambicjami, autorytetu nawet najsłuszniejszym kodeksom nie przysporzy. Tak jak uwiarygodni je postępowanie  zwyczajnych ludzi.  

poniedziałek, 4 lutego 2013

Aaaaaa, Grodzka wicemarszałkiem

Chłoniemy obrazki, jak gąbka wodę. Z początkiem tygodnia pełno wszędzie zdjęć Anny Grodzkiej na przemian z fotkami Krystyny Pawłowicz. Przekładaniec, którym ma - z redaktorskiego założenia - dawać po oczach. Druga tak gratka-jatka może się nie zdarzyć.
Na wizualny komunikat i idące zanim "analizy" osobowości Krystyny Pawłowicz oraz  Anny Grodzkiej wielu zareaguje manifestacyjnie: grymasem zniesmaczenia, lekceważącym machnięciem dłoni, teatralnym prychnięciem, mniej lub bardziej szczerym zdumieniem. Jak one (czy na pewno one) wyglądają? Co sobą reprezentują? Skąd się wzięły? Co one wygadują? 
Zapominamy o meritum sprawy, której nie mieści się w logice medialnego cyrku.  Batalia na argumenty o zmiany w prawie, zakres polityki równościowej, o funkcję wicemarszałka sejmu,  ginie w tężejących oparach groteski. Media konfrontując ze sobą, uprzednio wyeksponowane figury zwaśnionych kobiet, od rzeczowej dyskusji wolą nawalankę w błocie. Z tego błota trudno będzie się wszystkim, nie tylko politykom, podnieść.

***
Pawłowicz mogła gadać z mównicy,  co jej się żywnie  podoba. Kijem rzeki nie zawróci. Mnie zniesmaczyła. Rozliczą ją wyborcy, ewentualnie sejmowa komisja etyki. Jeśli reprezentuje stanowisko PiS, to tym gorzej dla tej partii, bo oddala ją od umiarkowanego centrum.  Zaś Grodzka  mogłaby z powodzeniem, wedle wypracowanych w parlamencie zasad, zostać sejmowym wicemarszałkiem. Prawicy pozostałoby grymaszenie, ale i tak w końcu wziąłby górę zdrowy rozsądek i zwyciężyło przekonanie, że procedury są z natury neutralne, a z perspektywy czasu korzystne dla każdego, kto sprawność parlamentarnej machiny i jakość debaty ma na uwadze. Na tym polega normalność, której wątpliwi rzecznicy ostatnio są tak uaktywnili. Grodzka stojąca na straży sejmowych procedur jest do zaakceptowania i do wyobrażenia, jeśli tylko potrafiłaby trzymać nerwy na wodzy. Ale ten wybór, dziś, w klimacie histerii, po tym wszystkim, co się wydarzyło, jest raczej wątpliwy. Może za parę lat, w kolejnym parlamentarnym rozdaniu.

sobota, 26 stycznia 2013

Polska - parlament na miarę XIX wieku

Trzeba mieć wielce wygórowane mniemanie o własnych kompetencjach żeby zasiadając w parlamencie, który ma niezwyczajne (jak na standardy europejskie) problemy z tworzeniem dobrego prawa regulującego zasadnicze sfery życia publicznego (np. podatki, gospodarka odpadami), uważać się  - górnolotnie - za obrońcę cywilizacji. Zarazem twierdzić, że powstrzyma się  przemiany kulturowe, które sprawiają że mamy tak wiele związków partnerskich (a będzie ich przybywać, gdyż zmieniają się społeczne normy, zaś wpływ Kościoła na obyczajowość maleje).

Konserwatyści mają akurat tyle okazji  w roku i tyle narzędzi, począwszy od politycznych instytucji, mediów i autorytetu różnych religii, że mogą skutecznie wspierać tradycyjny model rodziny i rodzinę jako taką, bez szerzenia paniki. Zamiast wzmagać fobię niech się zajmą organiczną pracą, a zatem niech zakładają fundacje charytatywne, walczą o sensowny system podatkowy, ulgi prorodzinne, dodatkowe pieniądze na edukacje najmłodszych. Niech pomagają rodzinom wielodzietnym, gdyż te są bardziej niż inne narażone na ubóstwo i pozostawione same sobie. Niech konserwatywne bractwo, tak ponad miarę zatroskane stanem moralności całej reszty, pozwoli reszcie żyć i skończy wreszcie z  nakręcaniem moralnej histerii.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Gdzie Facebook, a gdzie życie...

Wynieść się z Facebooka. To mogło być jedno z noworocznych postanowień. Trudne do zrealizowania, jeśli chce się utrzymywać kontakt ze znajomymi.  Łatwe jeśli w pokurczonym przed komputerem ciele budzi się myśl o cyfrowym odwyku i  jeśli ma się poczucie, iż wpatrywanie godzinami w fesbukową tablicę ogłoszeń zabija co najwyżej nudę, a objawami przypomina stupor.

Tak przy okazji, czy są jakieś socjologiczne badania wskazujące, jaki procent z 10 mln polskich użytkowników FB stanowią  bezrobotni?

"„Życie na Facebooku” to nie jest prawdziwe życie, jakie dane jest nam do przeżycia. To nie jest moje życie i nigdy moim nie będzie." - oświadcza Jarosław Makowski, szef Instytutu Spraw Obywatelskich. Odnoszę wrażenie, że czyni to w manierze rozczarowanego neofity, zaskoczonego owczym pędem, z jakim naród rzucił się do "fejsbukowania". Tekst przeczytać warto; nie będę prorokiem stwierdzając, że jak zawsze i tu pojawi się trend przeciwny: odwrotu od FB w poszukiwaniu innych cyfrowych atrakcji. 

Zdrowy rozsądek podpowiada, że gdzie indziej - odnawiając kontakt z przyrodą - a nie tkwiąc przed ekranem, warto ożywić w sobie pokłady kreatywności i wewnętrznej inspiracji, dowodzą tego ustalenia naukowców.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Chińska przestroga dla pijących w Sylwestra

Przeszłość roi się od przykładów "mechanicznego poprawianiu" ludzi. Takich, którym zwykłe towarzyszyły humanitarne przesłanki i pobudki.  Weźmy na przykład metodę lobotomii, za której  opracowanie António Egas Moniz otrzymał w 1949 roku nagrodę Nobla. 



Czytam właśnie, jak w Chinach wyciąga się z nałogu alkoholików, narkomanów: wprowadzając do mózgu elektrody, aby za pomocą prądu wypalać komórki jądra półleżącego, które jest odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Pacjent traci ochotę do picia wódki, palenia zakazanych substancji i kłucia żył. Proste. A że skutecznie przy okazji degeneruje się jego zdolność - jak przestrzegają inni naukowcy - do odczuwania miłych wrażeń związanych choćby ze spożywaniem posiłku, uprawieniem sexu, słuchaniem muzyki, tańczeniem lub czytaniem książek, jakie ma to znaczenie... zwłaszcza, jeśli uwzględnimy ulgę, którą chirurgiczna interwencja przynosi bliskim narkomana i korzyść, którą odczuje   społeczeństwo, nie radzące sobie z plagą pijaństwa; a może precyzyjniej państwo - nieskore finansować, w znaczącym i zadowalający stopniu, masowe ale i bardziej wyrafinowane - niż kłucie elektrodami - programy pomocy uzależnionym. 

 I znów wracam do historii, bo przecież uczy nas ona iż powoływanie się na społeczne korzyści często ma miejsce tylko po to, aby usprawiedliwiać haniebne czyny i bezeceństwa.  I jeśli mamy serio traktować płynącą z historii przestrogę, to należy już teraz widzieć chirurgiczne praktyki w szerszym kontekście: ideologii i systemu, które panują w Chinach. 





środa, 19 grudnia 2012

W święta wszyscy jesteśmy z Radomia

Stygmatyzacja w czasach internetu. Brzmi poważnie, jak tytuł pracy naukowej. A rzecz odnosi się do banalnej wielce historii. Na społecznościowych portalach robi furorę filmik z ulicznej wigilii w Radomiu: tłum w mig ogałaca świąteczny stół z potraw i napojów, w tle lecą ckliwe kolędy. Obraz śmieszy, gorszy, wprawia w zażenowanie. W necie sypią się komentarze, z grubszą ujmując, niepochlebne wobec uczestników zdarzenia, bo  jakże by inaczej zareagować? Przyznaję, sam atmosferze uległem,   i mam poczucie niesmaku.

Niewątpliwy brak namysłu, typowy dla zbiorowych zachowań, pociągnął za sobą kolejną falę, już mniej dającą się wytłumaczyć masowym popędem. Wszak każdy z nas osobno, siedział przed komputerem. A jednak ruszyła fala.  Klikając w komputer lud rzucił się do komentowania. Uwiecznionym po-wsze-cyfrowe-czasy postaciom  przypisano role pazernych, zachłannych i godnych pożałowanie indywiduów.  Detal, że ktoś starszy podaje butelkę komu innemu, jakoś mało kogo obchodzi. Kto jest sprawniejszy w kpinie i w wyrażaniu oburzenia, na tle obśmianych może się poczuć lepiej, nieprawdaż?
A przecież, powiedzmy sobie szczerze, w każdym mieście i mieścinie, od Bałtyku po Tatry, mają miejsce podobne sceny.  Choć nie są ujęte tak dosadnie przez oko kamery, to przecież doświadczamy ich niemal regularnie, nie tylko od święta, więc bardzo powierzchowne jest nasze zdziwienie i oburzenie.
Zatem jeśli śmiejemy się z Radomia, to musimy pamiętać, że taki Radom jest wszędzie, ukryty pod różnymi nazwami na mapie Polski.  A zresztą, gdyby nasze internetowe "wzmożenie" traktować poważnie, to święta w polskich domach wyglądałyby wyjątkowo inaczej, a będzie jak zwykle.  W chaosie, w nerwach, na ostatnią chwilę,  pazernie, bez głębi.
 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dlaczego młodzież nie ma prawa głosu?

Większość dorosłych nie czyta książek, ani codziennej prasy, z wyjątkiem tabloidów. Z głów im uleciała, jak powietrze, niemal cała szkolna wiedza. Telewizja pełni dla nich rolę dostarczyciela rozrywki oraz porcjowanych newsów. Dorośli nie chodzą do kina ani tym bardziej do teatru. Nie dyskutują o polityce w sposób rozumny i samokrytyczny, lecz tylko po to, aby uzewnętrznić swoje emocje. W ogóle nie przyjmują do wiadomości, że  polityka może być narzędziem rozwiązywania ich życiowych problemów. 
Jasne, upraszczam, ale nie trywializuję. Kontynuuję więc ten kierunek i stwierdzam: w gronie osób, które prowadzą aktywne życie dominują nastolatkowie. Są ciekawi świata i wrażliwi. Skłonni bardziej rzeczywistość zmieniać nić akceptować jej ograniczenia i niedomagania. Chętnie niosą pomóc innym, czego dowodem jest choćby Wielka Orkiestra Pomocy Świątecznej. Są bardziej obrotni i sprawni w poruszaniu się po świecie nowych mediów oraz technologii. Dlaczego więc nie obniżyć progu wyborczego i już 16-latkom nie dać prawa wyborczego?  Brak im doświadczenia? W jakiej sferze ustępują dorosłym i czy na pewno formalnie "zagwarantowana" dojrzałość ma związek z dojrzałością autentyczną?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Rowerowy test hipokryzji

Skończmy z iluzją, że urzędników polskich miast  obchodzą rowerzyści i traktują  ich całkiem serio. Jest dokładnie na odwrót, zima jest tego dowodem. Nie trzeba być bystrym, by zauważyć, że odśnieżane są najpierw jezdnie, w dalszej kolejności chodniki, a ścieżki rowerowe nie są oczyszczane w ogóle. I taka hierarchia ważności w biurokratycznych głowach - dla których rower  to fanaberia znudzonych mieszczuchów - obowiązuje przez cały rok, niezależnie od pogody.  

czwartek, 8 listopada 2012

Romney i Obama. Kaczyński i Tusk

Romney o Obamie: Mam nadzieję, że jego ciężka praca przyczyni się do dobrobytu naszego kraju. Obama do swego konkurenta: Dziękuję Mittowi Romneyowi. Walczyliśmy ostro w kampanii, bo kochamy ten kraj i zależy nam na jego przyszłości".   
Ok, to tylko dawka kurtuazji na użytek wyborców. Co można powiedzieć o relacjach łączących(?) premiera naszego kraju z liderem głównej opozycyjnej partii? Nikt nie dopatrzy się tu śladowych ilości kurtuazji.  Czy  ich wzajemna, szczera i  gorąca niechęć, podsycana przez media, nie jest  diabelsko destrukcyjna? Nie dzieli Polaków bardziej niż wszystkie polityczne antagonizmy na szczytach władzy po 1989 roku, razem wzięte?

wtorek, 30 października 2012

Tactical Urbanism

Miasto, miejskość, rewitalizacja  - to tematy na topie, lecz dyskusja o nich  zbyt często grzęźnie w wysoce stężonych oparach akademickości. Zamiast trzymania się realiów życia codziennego i konkretu, zamiast szukania praktycznych rozwiązań mamy wysyp publikacji na takich poziomie abstrakcji, że pożytek z nich dla mieszkańców głodnych zmiany jest nikły. 
Kto sięgnie po "Tactical Urbanism" znajdzie pomysły, o których pewnie gdzieś słyszał, lecz które łatwo i z powodzeniem może wdrożyć.  Akurat w tym przypadku nawiązywanie do gotowych rozwiązań nie przynosi żadnej ujmy, gdyż z tej popularyzacji wynika większa korzyść.

środa, 24 października 2012

Polska nie jest modna

Zbliża się  11 listopada, który zdominowany przez ceremonialność rodem ze szkolnej akademii i zwyczajowe zadymy ultrasów nie stanie się świętem w wydaniu ludycznym, ani tym bardziej, nie zostanie wykorzystany do promocji w świecie. Zresztą, czy Polska to marka modna i rozpoznawalna? Parę lat temu pewien spec od marketingu sugerował, że  charakteryzuje nas "twórcze napięcie". Nie wiem do dziś, co miał na myśli.  Może dyplomatycznie odnosił się do splotu naszych narodowych przywary: kłótliwości i zajadłości?
Po prawdzie, jesteśmy peryferyjnym krajem, mało rozpoznawalnym i na tyle mało egzotycznym, że hasło "Polska" nie wzbudza większego zainteresowania na rozległej przestrzeni od Sydney po Vancouver, Las Palmas po Władywostok.

Przyznam, lubię rankingi. Są ważnym punktem odniesienia, warto się porównywać z innymi. Dowiadujemy się wówczas więcej o sobie. 
Firma FutureBrand przepytała 3,6 tys. osób z 18 krajów, przemierzających glob turystycznie i w interesach.   Efekt: lista 15 państw uznanych za "wschodzące marki."  Kryteria wyboru oczywiste - obok klimatu inwestycyjnego i kuchni liczyły się m.in.  jakość  środowiska naturalnego, poczucie wolności i bezpieczeństwa, postęp na drodze przestrzegania międzynarodowym standardów prawa, satysfakcja  z życia oraz zdrowie. 
Liderem rankingu okazały się Emiraty Arabskie, w środku wylądowała Estonia, stawkę zamyka Wietnam. Nie ma na liście Polski. Jest za to Kazachstan. I tu ciekawe, spostrzeżenie. W przypadku tego kraju mobilizująco zadziałał "efekt Borata". Karykaturalna fikcyjna postać ośmieszająca kazachską kulturę  podziałała na tamtejsze władze jak zimny prysznic.  Wzięto się do roboty i odnotowano pewien postęp, choć ciągle krajem rządzi powszechnie uchodzący za satrapę Nazarbajew.

Wracając do pytania. Bez złudzeń: mamy wzrost gospodarczy, ale to nie oznacza, że mamy to, czego inni mogą nam pozazdrościć. Nikt nie będzie przyjeżdżał do Polski tylko dlatego, że zbudowaliśmy nowe, większe markety, drogi, lotniska oraz stadiony.  Są równie ważne jak ciepła woda w kranie, na którą nikt nie zwraca uwagi dopóki jest. Z jej powodu nie pieje się z zachwytu. Czym zatem możemy się pochwalić? Przyrodą i kulturowym dziedzictwem, których nie cenimy, nie znamy i nie pielęgnujemy? Od tego można by  zacząć, bo to prostsze zadanie,  niż wyczyn Finów: przekształcili Nokie, firmę  produkującą kalosze i łopaty,  w producenta telefonów komórkowych. 

poniedziałek, 15 października 2012

Komu potrzebny jest "Przekrój"?

To przypadek, chyba w ogóle jedyny w historii prasy, gdy co pewien czas gazeta przechodzi drastyczną metamorfozę, równie karkołomną jak np. przekształcenie "Nie" w tytuł pokrewny "Tygodnikowi Powszechnemu". 

Nowa generacja, dziś raczej z przypadku sięgająca po dawny krakowski tygodnik, nie ma bladego pojęcia, na czym zasadzała się jego wyjątkowość. Nie obchodzi jej, bo i po co, że w czasach peerelowskiej i wczesnokapitalistycznej siermięgi jego lektura była istotna dla intelektualnej higieny środowiska ludzi aspirujących do niezależności i "mentalnej" elegancji. Czasy to odległe, acz ciągle się o nich prawi. Jednak żaden kolejny szef "Przekroju" (a mnogość ich była) nie potrafił tej gadki o unikalności przełożyć (alchemicznie) w konkret. Mieliśmy za to do czynienia z maglowaniem mitu sprzed kilku dekad, które przypomina bajdurzenie o jednorożcu. 

Dziś "Przekrój", na tle innych gazet wyróżnia Marek Raczkowski i stylowość, z jaką od lat nie wychodzi z kryzysowych turbulencji. Ciągle reanimowany staje się prasowym kuriozum.
Wykupujesz prenumeratę pisma o nastawieniu inteligenckim, potem arcy-lewicowym, a tu nagle, wraz ze zmianą frontu, dostajesz do rąk magazyn z peanami na cześć nowej generacji tosterów. Zamiast rozwagi i przekrojowego traktowania świata, ciągle mamy niezamierzoną satyrę. Przy okazji robi się w konia czytelników, a przecież od nich się zaczyna i  na nich kończy prowadzenie gazety. Jeśli czytelników nie ma, ubywa też sensu targać to prasowe truchło.

środa, 3 października 2012

Facebook: strzał w kolano

Społecznościowy gigant niebezpiecznie przesuwa granicę.  W Stanach oraz kilkudziesięciu innych krajach (listę otwiera Nowa Zelandia), testowana jest usługa: zapłacisz, a twój post zostanie lepiej wyeksponowany na tablicy u znajomych.  Zatem nie treść i forma, tudzież autentyczne i przypadkowe czasem zainteresowanie, mają generować "buzz", ale celowy zabieg, sensu stricto handlowy. 
Moim zdaniem wprowadzenie "promoted posts"  zastępując reguły częściowo chaotycznej i spontanicznej komunikacji promuje praktyki w rodzaju "lokowania produktu". Internetowa agora przeobraża się w tablicę płatnych ogłoszeń. Jeśli owa usługa się przyjmie, sens straci rozróżnienie na stron biznesowe i całą resztę. Ale czy w marketingu nie o to chodzi, żeby pozorując komunikacje wciskać swój kit?

Usługa może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego, bo kto lubi, gdy narcystyczni znajomi rozpychają się na tablicy ze swoimi opłaconymi wpisami o wypitej kawie, sprzedaży mieszkania lub zajefajnych wakacjach w kolejnym tropikalnym raju.  


niedziela, 16 września 2012

Arabska Jesień

Najpierw mieliśmy Arabską Wiosnę. Zachód patrzył z podziwem i trzymał kciuki. Teraz z niepokojem  obserwuje arabską wściekłość: inne emocje, inna ich skala oraz inny przeciwnik. Gdzie indziej, przed amerykańskimi ambasadami, gromadzą się wściekłe tłumy demonstrantów. Tylko narzędzie aktywizacji to samo - internetowe łącze. Niech za komentarz do burzy wywołanej przez prowokacyjny, głupi film, obrażający muzułmanów, posłuży cytat:

"Congratulations, rioters. You followed the script perfectly. You did the propagandists’ work for them."
 
"Peace Be Upon You" by William Saletan "Slate".

piątek, 31 sierpnia 2012

Piano rewolucja. Cieńko to widzę

via. gazeta.pl   
Przekonać internautów, że za artykuł w necie trzeba zapłacić, może się okazać sporym wyzwaniem. Internauta już za raz, a solidnie, za dostęp do sieci płaci: dostawcy usług telekomunikacyjnych.  Zresztą net jest rozległą krainą, bez namacalnych granic,  więc zamiast wykładać gotówkę na abonament Piano, łatwiej będzie niejednemu wyemigrować na inne strony, poczytać Kominka w oryginale lub znaleźć w sieciowych zasobach kolejny wywiad z najpopularniejszym statystycznie blogerem. Ma znaczenie fakt, że dla sporej rzeszy młodych internautów, doświadczenie obcowania z papierową gazetą było wtórne wobec swobodnego obcowania z ekranem komputera.


Nie wróżę Piano sukcesu. System pobierania płatności, zgodnie z zapowiedziami, ruszy 3 września. Przewiduję za to nieuchronną tabloidyzację on-line'owych serwisów. Z konieczności, w walce o odbiorcę,  nęcić będą co raz to bardziej wydumanymi nagłówkami, podkręconym do granic zdrowego rozsądku leadem i soczystym zdjęciem.  Aby przekonać czytelnika, że warto wyłożyć pieniądze, bo reszta w abonamencie jest jeszcze lepsza. 


via Gazeta Wrocławska


Piano i cienko. Zwłaszcza, że w czasach warunkowanego kryzysowym duchem ograniczania konsumpcji, kiedy to człowiek zwykł ciąć wydatki, które uchodzą za ekskluzywne. Po prawdzie, w tym kraju bez luksusu czytania nie może się obejść paręnaście procent społeczeństwa.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Rady dobrego Niemca.


Przyjaciel z Niemiec: u was nie będzie społeczeństwa obywatelskiego dopóki nie przestaniecie się wstydzić zasiadać na spotkaniach w pierwszych rzędach.
***
Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Antony Hegarty "Future Feminism"

"Future Feminism" pochodzi z "Cut the World", nowej płyty Antony and the Johnsons. Na przednówku jej wydania, nawiązując do tytułu utworu,  Antony Hegarty  nakreślał w wywiadach wizję genderowej, oświatowej rewolucji:  I think kids should take the hormones of the opposite sex for three months as part of their high school experience; just so they understand each other’s operating systems.

Płyta pewnie jest wyśmienita, pomysł z hormonalnymi eksperymentami oddaje tylko ekscentryczne usposobienie wrażliwego artysty i niepodobna, aby zawojował akademickie gremia. 
Jeśli jednak w majstrowaniu przy ludzkim organizmie nauka będzie posuwać się dalej, napotykając coraz słabsze obyczajowe i biologiczne granice, kto wie, czy w przyszłości płeć nie stanie się czymś zupełnie względnym Człowiek nauczy się nią posługiwać, ustawiając, wedle potrzeby, jak program w pralce. Brzmi szokująco.
Zainteresowanym futurystycznym tematem, podrzucam wizualny aperitif: cykl portretów autorstwa  Lelanda Bobbé’a pt. "I mezzi drag di’"

 
 
           via design taxi

wtorek, 31 lipca 2012

Przyszłość komunikacji we Wrocławiu: rejwach i znak zapytania

Władze Wrocławia wycofują się z planów zamykania dla ruchu samochodowego ulic w obrębie starówki  - odnotowuje Gazeta Wyborcza, cytując rzecznika prezydenta. Mówi się, trudno.  Opinia publiczna i tak nie była do tych zmian przekonana, podzielając idiotyczny pogląd, że tam, gdzie nie  dociera samochód, tam nie  dociera życie.  
Ale czego wymagać od osób, które postrzegają miasto z perspektywy kierowcy lub pasażera. Samochód w stolicy Dolnego Śląska to niekwestionowany lider. Niepodobna więc, aby osoby od aut "uzależnione", opowiadały się za innymi  rozwiązaniami: promocją ruchu pieszego, komunikacji zbiorowej oraz rowerów. W tym przypadku sprawdza się stara prawda: punkt siedzenie odzwierciedla punkt widzenia.  Sęk w tym, że władza, rozsądna i kierującą się troską o dobro wspólne, o nasze zdrowie, ekonomię oraz ekologię (mniejsza o kolejność) powinna w swojej zapobiegliwości tworzyć prognozy dalekosiężne, wykraczające poza jednostkowe upodobania, nawyki i indywidualne preferencje. Wszak zarządza całym miastem i ma w rękach jego przyszłość.  A jednak te ręce rozkłada bezradnie...

Dlaczego, do diaska, podpiera się zachowawcze komunikacyjne rozwiązania argumentami ekonomicznymi? Jeśli chce się pomóc handlowcom narzekającym na brak klientów, rzekomo z powodu braku samochodów (cóż za logika!), to czyni się starania żeby wygenerować na zamkniętej ulicy intensywniejszy ruch pieszy. Np. montując ławki, ułatwiając dostęp do wi-fi, montując stojaki rowerowe i stymulując rozsądną politykę czynszową. Tak, aby pojawiła się tam zróżnicowana  oferta handlowa, edukacyjna i kulturalna. Akurat czynsze są tak wywindowane, że radzą sobie głównie banki, ewentualnie sieciowe sklepy. Cała reszta ucieka poza centrum, gdzie jest taniej.

Może dożyję chwili, gdy komunikacyjna wizja miasta - wzorem dezyderaty albo 10 przykazań - rozpisana, na góra paru stronach, w przystępnej formule, zacznie  cyrkulować wśród wrocławian inicjując poważną i otwartą (!) dyskusję.  Przykładów do naśladowania jest sporo, wystarczy   poszperać w internecie.

 via polis


Oczywiście, spory są nie do uniknięcia  i dobrze. Rzecz w tym, aby  inne racje zostały nie tylko wyartykułowane, lecz  potraktowane poważnie. Wówczas  po długim okresie społecznych konsultacji, w której padną głosy znawców tematu, fachowców, a więc mających walor samo-edukacyjny,  przyjdzie pora na wiążące decyzje. Decyzje, które nikogo nie będą zaskakiwać i nie będą ze sobą sprzeczne. Na razie, odnoszę wrażenie, że proces ich podejmowania jest tak chaotyczny,  jak ruchy osoby, która ogania się od osy.

środa, 18 lipca 2012

Zaprosić Spencera Tunicka do Polski?

Aresztowany kilkakrotnie, ciągany po sądach, uznał że zdjęć w USA więcej robić nie będzie. W Izraelu ortodoksyjna partia Szas chciała zablokować jego kolejny projekt, forsując przepis o karaniu "gorszycieli" rokiem więzieniem za obnażanie się w miejscach publicznych.  Spencera Tunicka powstrzymać się nie nie udało. W "rozbieranej" sesji nad Morzem Martwym wzięło udział tysiąc Izraelczyków.  Przedstawiciel Szas Nissim Zeev przekonywał, że pod płaszczykiem sztuki uprawia się prostytucję. Akurat sejsa związana była  z kampanią promującą Morze Martwe jako jeden z siedmiu cudów natury. Ot, każdy widzi, co chce.

Sporo trzeba samozaparcia, żeby w kompozycjach zbudowanych z tysiący nagich ciał, monumentalnych scenerii, dopatrzeć się erotyki. Liczą się skala, perspektywa i napięcie pomiędzy ciałem a przestrzenią, która zazwyczaj nagości jest obojętna. Gdzie w tle pojawia się pytanie, jak wiele trzeba poczynić przygotowań, aby ludzkiej spontanicznej masie nadać właściwą strukturę, wartą uwiecznienia na fotografii. 

Spencer  Tunick pracujący w Polsce? To dopiero byłoby wyzwanie. Nie logistyczne, co obyczajowe, mając na uwadze obiekcje zgłaszane przez rozmaitych moralistów. W swoim dorobku ma on przecież sesje robione na stadionie. Mamy więc punkt zaczepienia?

                         Spencer Tunick via Trendland

Sex, luxus and rock'n'roll

Sypialnia tonąca w grubych dywanach, organy Hammonda wmontowane w pokładowy barek. Za ćwierć miliona dolarów odrzutowego Boeinga 720 przerobiono tak, by muzycy Led Zeppelin mieli do dyspozycji także salę kinową, z kolekcją filmów m.in.braci Marx i osławionym "Głębokim gardłem".   Poczytajcie o tym na Dangerous Minds.
Zeppelini nie stanowili wyjątku. Pławienie się w luksusie było ulubionym zajęciem gwiazd lat 70. Dylan korzystał z prywatnego odrzutowca. Gdy Presley'a naszła chętka na suty obiad,wsiadał do samolotu w poszukiwaniu restauracji.
 Choć po latach morderczej psychodelicznej balangi, za falą społecznego kryzysu, nadeszła moda na punk, odreagowującego frustrację gitarowym jazgotem i opluwaniem publiczności, w obyczajach sław nie zaszły wielkie zmiany. Sex Pistols odmieniali przez wszystkie przypadki słowa: bunt, nihilizm, no future, co nie przeszkodziło im w szczytowym okresie popularności latać na koncerty klasą biznes lub prywatnymi samolotami.