niedziela, 10 lutego 2013

Przyganiał kocioł garnkowi. Orliński i Staszewski o dziennikarskich gażach

Chwieje się rynek prasowy. Chwieją się giganci, tnąc zarobki i zatrudnienie. Gmach na ul. Czerskiej też w drgawkach. W ogóle cała medialna branża poddana jest niespotykanej presji. Nikt nie może być pewny dnia ani godziny: spada sprzedaż i ubywa odbiorców albo zachowują się tak  nieprzewidywanie, że w łeb biorą z pozoru solidne biznesowe założenia stojące za medialnymi projektami. Jakby nie dość kłopotów, technologia zmienia czytelnicze upodobania: najpierw był komputer, teraz w natarciu są smartfony, zaraz się zacznie tabletowa mania. Co będzie dalej? Koło się zamyka, zaciska pętla na dziennikarskiej szyi. 

Paru znakomitych redaktorów "Gazety Wyborczej" w minorowych nastrojach i blogowej manierze dzieli się spostrzeżeniami o trudnym dziennikarskim losie. Motyw przewodni: kasa. Utyskując na nieadekwatne gaże Staszewski utyskuje na wadliwy system, że nie pozwala mu brać udział w zagraniczym maratonie choć jest nagradzanym dziennikarzem prima sort i to z poważnej gazety.  Orliński z wyżyn swojego wglądu w istotę "kapitalistycznego zła"  konkluduje, zwracając do kolei po fachu: a nie mówiłem!  Obaj usychają z tęsknoty za latami 90, kiedy mogli się poczuć jak pączki w maśle. To na prawdę jest kryzys, ale z dziennikarstwem nie ma wiele  wspólnego.

Dziennikarstwo się nie kończy, ono ewoluuje; jak wszystko wokoło. Dziennikarstwo to nie skamielina, ani wiekopomne dzieło, któremu należny jest bezwarunkowy szacunek i atencja. Zmienia się jego formuła,  sposoby dystrybucji treści, preferencje odbiorców.  I nie jest wcale powiedziane, że przypisany zawodowi dziennikarza społeczny prestiż pozostanie niezmienny. 

Jedno nie ulegnie zmianie - uniwersalna mantra: "kto, co, gdzie i kiedy, z jakich powodów lub przyczyn". Jednakże wierność temu zaleceniu - choć jest fundamentem dziennikarskiej praktyki - w najmniejszym stopniu nie gwarantuje wysokich zarobków ani popularności. W poszukiwaniu takich fruktów należy udać się gdzie indziej. Ale o tym Staszewski powinien wiedzieć, gdy zaczynał pisać i nie myślał o "GW".

wtorek, 5 lutego 2013

10 przykazań cnotliwego ateisty wg. Alaina de Bottona

Przykazanie pierwsze jest najważniejsze, gdyż warunkuje resztę moralnych zaleceń. Tak ma się  np. z biblijnym dekalogiem, w którym przywołuje się Boga jako ustawodawcę i główny punkt odniesienia. 
Alain de Botton w swoim zbiorze przykazań dla ateistów największe znaczenie przypisuje wytrwałości, w sytuacji, gdy sprawy mają się źle. Dopiero drugie przykazanie rezerwuje dla empatii. Ateizm jest mi obcy,  unieważnia prawo do wątpienia, zatem jest jak religia równie dogmatyczny (niejako à rebours),  ale też nie z tego powodu kodeks zaproponowany przez Bottona uważam za pomyłkę.   




Alain de Botton's 'list for life'
Resilience: Keeping going even when things are looking dark.
Empathy: The capacity to connect imaginatively with the sufferings and unique experiences of another person.
Patience: We should grow calmer and more forgiving by being more realistic about how things actually happen.
Sacrifice: We won't ever manage to raise a family, love someone else or save the planet if we don't keep up with the art of sacrifice.
Politeness: Politeness is closely linked to tolerance, -the capacity to live alongside people whom one will never agree with, but at the same time, cannot avoid.
Humour: Like anger, humour springs from disappointment, but it is disappointment optimally channelled.
Self-awareness: To know oneself is to try not to blame others for one's troubles and moods; to have a sense of what's going on inside oneself, and what actually belongs to the world.
Forgiveness: It's recognising that living with others is not possible without excusing errors.
Hope: Pessimism is not necessarily deep, nor optimism shallow.
Confidence: Confidence is not arrogance - rather, it is based on a constant awareness of how short life is and how little we will ultimately lose from risking everything.

Żródło: The Age

Za elementarne przykazanie, któremu winniśmy być wierni w naszych codziennych poczynaniach,  uważam nie szkodzenie innym, a tym bardziej - ujmując zagadnienie skrajnie - pozbawienie kogokolwiek życia. To elementarne zalecenie wg. buddyzmu w ogóle obejmuje wszystkie żywe istoty. Koniec, kropka.

Swoją drogą, problemem nie jest brak właściwych dekalogów, kodeksów, wartościowych systemów etycznych, wręcz przeciwnie jest  ich cała mnogość. Można w nich przebierać do woli. Problemem jest letni doń i błahy stosunek. A to jest kwestia bardziej edukacji i psychologii niż  religijnej lub filozoficznej podbudowy. Osoba nawet najbardziej poczytnego eseisty i pisarza ze słusznymi filozoficznymi ambicjami, autorytetu nawet najsłuszniejszym kodeksom nie przysporzy. Tak jak uwiarygodni je postępowanie  zwyczajnych ludzi.  

poniedziałek, 4 lutego 2013

Aaaaaa, Grodzka wicemarszałkiem

Chłoniemy obrazki, jak gąbka wodę. Z początkiem tygodnia pełno wszędzie zdjęć Anny Grodzkiej na przemian z fotkami Krystyny Pawłowicz. Przekładaniec, którym ma - z redaktorskiego założenia - dawać po oczach. Druga tak gratka-jatka może się nie zdarzyć.
Na wizualny komunikat i idące zanim "analizy" osobowości Krystyny Pawłowicz oraz  Anny Grodzkiej wielu zareaguje manifestacyjnie: grymasem zniesmaczenia, lekceważącym machnięciem dłoni, teatralnym prychnięciem, mniej lub bardziej szczerym zdumieniem. Jak one (czy na pewno one) wyglądają? Co sobą reprezentują? Skąd się wzięły? Co one wygadują? 
Zapominamy o meritum sprawy, której nie mieści się w logice medialnego cyrku.  Batalia na argumenty o zmiany w prawie, zakres polityki równościowej, o funkcję wicemarszałka sejmu,  ginie w tężejących oparach groteski. Media konfrontując ze sobą, uprzednio wyeksponowane figury zwaśnionych kobiet, od rzeczowej dyskusji wolą nawalankę w błocie. Z tego błota trudno będzie się wszystkim, nie tylko politykom, podnieść.

***
Pawłowicz mogła gadać z mównicy,  co jej się żywnie  podoba. Kijem rzeki nie zawróci. Mnie zniesmaczyła. Rozliczą ją wyborcy, ewentualnie sejmowa komisja etyki. Jeśli reprezentuje stanowisko PiS, to tym gorzej dla tej partii, bo oddala ją od umiarkowanego centrum.  Zaś Grodzka  mogłaby z powodzeniem, wedle wypracowanych w parlamencie zasad, zostać sejmowym wicemarszałkiem. Prawicy pozostałoby grymaszenie, ale i tak w końcu wziąłby górę zdrowy rozsądek i zwyciężyło przekonanie, że procedury są z natury neutralne, a z perspektywy czasu korzystne dla każdego, kto sprawność parlamentarnej machiny i jakość debaty ma na uwadze. Na tym polega normalność, której wątpliwi rzecznicy ostatnio są tak uaktywnili. Grodzka stojąca na straży sejmowych procedur jest do zaakceptowania i do wyobrażenia, jeśli tylko potrafiłaby trzymać nerwy na wodzy. Ale ten wybór, dziś, w klimacie histerii, po tym wszystkim, co się wydarzyło, jest raczej wątpliwy. Może za parę lat, w kolejnym parlamentarnym rozdaniu.

niedziela, 3 lutego 2013

Internet będzie vintage

Jako że ogarnięcie tego, co następuje właśnie teraz (aby chwilę potem zniknąć z horyzontu pod presją   następujących niemal automatycznie rozmaitych update-ów), zdaje się przekraczać nasze percepcyjne i intelektualne możliwości, zwracamy się ku temu, co było. Posługujemy się remix-em, recyclingiem, archeologią memów, historią i  morfologią mediów. Modne są vintage i retro. Będzie tego coraz więcej. Po długim biegu zapragniemy złapać oddech. 


 Indian Wells "Wimbledon 1980"




more: The End of the Web, Search, and Computer as We Know It