Chwieje się rynek prasowy. Chwieją się giganci, tnąc zarobki i zatrudnienie. Gmach na ul. Czerskiej też w drgawkach. W ogóle cała medialna branża poddana jest niespotykanej presji. Nikt nie może być pewny dnia ani godziny: spada sprzedaż i ubywa odbiorców albo zachowują się tak nieprzewidywanie, że w łeb biorą z pozoru solidne biznesowe założenia stojące za medialnymi projektami. Jakby nie dość kłopotów, technologia zmienia czytelnicze upodobania: najpierw był komputer, teraz w natarciu są smartfony, zaraz się zacznie tabletowa mania. Co będzie dalej? Koło się zamyka, zaciska pętla na dziennikarskiej szyi.
Dziennikarstwo się nie kończy, ono ewoluuje; jak wszystko wokoło. Dziennikarstwo to nie skamielina, ani wiekopomne dzieło, któremu należny jest bezwarunkowy szacunek i atencja. Zmienia się jego formuła, sposoby dystrybucji treści, preferencje odbiorców. I nie jest wcale powiedziane, że przypisany zawodowi dziennikarza społeczny prestiż pozostanie niezmienny.
Jedno nie ulegnie zmianie - uniwersalna mantra: "kto, co, gdzie i kiedy, z jakich powodów lub przyczyn". Jednakże wierność temu zaleceniu - choć jest fundamentem dziennikarskiej praktyki - w najmniejszym stopniu nie gwarantuje wysokich zarobków ani popularności. W poszukiwaniu takich fruktów należy udać się gdzie indziej. Ale o tym Staszewski powinien wiedzieć, gdy zaczynał pisać i nie myślał o "GW".
Przykazanie pierwsze jest najważniejsze, gdyż warunkuje resztę moralnych zaleceń. Tak ma się np. z biblijnym dekalogiem, w którym przywołuje się Boga jako ustawodawcę i główny punkt odniesienia.
Alain de Botton w swoim zbiorze przykazań dla ateistów największe znaczenie przypisuje wytrwałości, w sytuacji, gdy sprawy mają się źle. Dopiero drugie przykazanie rezerwuje dla empatii. Ateizm jest mi obcy, unieważnia prawo do wątpienia, zatem jest jak religia równie dogmatyczny (niejako à rebours), ale też nie z tego powodu kodeks zaproponowany przez Bottona uważam za pomyłkę.
Alain de Botton's 'list for life' Resilience: Keeping going even when things are looking dark. Empathy: The capacity to connect imaginatively with the sufferings and unique experiences of another person. Patience: We should grow calmer and more forgiving by being more realistic about how things actually happen. Sacrifice: We won't ever manage to raise a family, love someone else or save the planet if we don't keep up with the art of sacrifice. Politeness: Politeness is closely linked to tolerance, -the capacity to live alongside people whom one will never agree with, but at the same time, cannot avoid. Humour: Like anger, humour springs from disappointment, but it is disappointment optimally channelled. Self-awareness: To know oneself is to try not to blame others for one's troubles and moods; to have a sense of what's going on inside oneself, and what actually belongs to the world. Forgiveness: It's recognising that living with others is not possible without excusing errors. Hope: Pessimism is not necessarily deep, nor optimism shallow. Confidence: Confidence is not arrogance - rather, it is based on a constant awareness of how short life is and how little we will ultimately lose from risking everything.
Za elementarne przykazanie, któremu winniśmy być wierni w naszych codziennych poczynaniach, uważam nie szkodzenie innym, a tym bardziej - ujmując zagadnienie skrajnie - pozbawienie kogokolwiek życia. To elementarne zalecenie wg. buddyzmu w ogóle obejmuje wszystkie żywe istoty. Koniec, kropka.
Swoją drogą, problemem nie jest brak właściwych dekalogów, kodeksów, wartościowych systemów etycznych, wręcz przeciwnie jest ich cała mnogość. Można w nich przebierać do woli. Problemem jest letni doń i błahy stosunek. A to jest kwestia bardziej edukacji i psychologii niż religijnej lub filozoficznej podbudowy. Osoba nawet najbardziej poczytnego eseisty i pisarza ze słusznymi filozoficznymi ambicjami, autorytetu nawet najsłuszniejszym kodeksom nie przysporzy. Tak jak uwiarygodni je postępowanie zwyczajnych ludzi.
Chłoniemy obrazki, jak gąbka wodę. Z początkiem tygodnia pełno wszędzie zdjęć Anny Grodzkiej na przemian z fotkami Krystyny Pawłowicz. Przekładaniec, którym ma - z redaktorskiego założenia - dawać po oczach. Druga tak gratka-jatka może się nie zdarzyć.
Na wizualny komunikat i idące zanim "analizy" osobowości Krystyny Pawłowicz oraz Anny Grodzkiej wielu zareaguje manifestacyjnie: grymasem zniesmaczenia, lekceważącym machnięciem dłoni, teatralnym prychnięciem, mniej lub bardziej szczerym zdumieniem. Jak one (czy na pewno one) wyglądają? Co sobą reprezentują? Skąd się wzięły? Co one wygadują?
Zapominamy o meritum sprawy, której nie mieści się w logice medialnego cyrku. Batalia na argumenty o zmiany w prawie, zakres polityki równościowej, o funkcję wicemarszałka sejmu, ginie w tężejących oparach groteski. Media konfrontując ze sobą, uprzednio wyeksponowane figury zwaśnionych kobiet, od rzeczowej dyskusji wolą nawalankę w błocie. Z tego błota trudno będzie się wszystkim, nie tylko politykom, podnieść.
***
Pawłowicz mogła gadać z mównicy, co jej się żywnie podoba. Kijem rzeki nie zawróci. Mnie zniesmaczyła. Rozliczą ją wyborcy, ewentualnie sejmowa komisja etyki. Jeśli reprezentuje stanowisko PiS, to tym gorzej dla tej partii, bo oddala ją od umiarkowanego centrum. Zaś Grodzka mogłaby z powodzeniem, wedle wypracowanych w parlamencie zasad, zostać sejmowym wicemarszałkiem. Prawicy pozostałoby grymaszenie, ale i tak w końcu wziąłby górę zdrowy rozsądek i zwyciężyło przekonanie, że procedury są z natury neutralne, a z perspektywy czasu korzystne dla każdego, kto sprawność parlamentarnej machiny i jakość debaty ma na uwadze. Na tym polega normalność, której wątpliwi rzecznicy ostatnio są tak uaktywnili. Grodzka stojąca na straży sejmowych procedur jest do zaakceptowania i do wyobrażenia, jeśli tylko potrafiłaby trzymać nerwy na wodzy. Ale ten wybór, dziś, w klimacie histerii, po tym wszystkim, co się wydarzyło, jest raczej wątpliwy. Może za parę lat, w kolejnym parlamentarnym rozdaniu.
Jako że ogarnięcie tego, co następuje właśnie teraz (aby chwilę potem zniknąć z horyzontu pod presją następujących niemal automatycznie rozmaitych update-ów), zdaje się przekraczać nasze percepcyjne i intelektualne możliwości, zwracamy się ku temu, co było. Posługujemy się remix-em, recyclingiem, archeologią memów, historią i morfologią mediów. Modne są vintage i retro. Będzie tego coraz więcej. Po długim biegu zapragniemy złapać oddech.
Przeszłość roi się od przykładów "mechanicznego poprawianiu" ludzi. Takich, którym zwykłe towarzyszyły humanitarne przesłanki i pobudki. Weźmy na przykład metodę lobotomii, za której opracowanie António Egas Moniz otrzymał w 1949 roku nagrodę Nobla.
Czytam właśnie, jak w Chinach wyciąga się z nałogu alkoholików, narkomanów: wprowadzając do mózgu elektrody, aby za pomocą prądu wypalać komórki jądra półleżącego, które jest odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Pacjent traci ochotę do picia wódki, palenia zakazanych substancji i kłucia żył. Proste. A że skutecznie przy okazji degeneruje się jego zdolność - jak przestrzegają inni naukowcy - do odczuwania miłych wrażeń związanych choćby ze spożywaniem posiłku, uprawieniem sexu, słuchaniem muzyki, tańczeniem lub czytaniem książek, jakie ma to znaczenie... zwłaszcza, jeśli uwzględnimy ulgę, którą chirurgiczna interwencja przynosi bliskim narkomana i korzyść, którą odczuje społeczeństwo, nie radzące sobie z plagą pijaństwa; a może precyzyjniej państwo - nieskore finansować, w znaczącym i zadowalający stopniu, masowe ale i bardziej wyrafinowane - niż kłucie elektrodami - programy pomocy uzależnionym.
I znów wracam do historii, bo przecież uczy nas ona iż powoływanie się na społeczne korzyści często ma miejsce tylko po to, aby usprawiedliwiać haniebne czyny i bezeceństwa. I jeśli mamy serio traktować płynącą z historii przestrogę, to należy już teraz widzieć chirurgiczne praktyki w szerszym kontekście: ideologii i systemu, które panują w Chinach.
Daruje sobie rytualne wyliczanie książek, filmów, piosenek. W sporządzaniu corocznych kwerend i rankingów są lepsi ode mnie specjaliści. Przywołam za to moje rozczarowania i zdziwienia, związane z biegiem zdarzeń mijającego roku.
Największe zdziwienie wiąże się znaczącą ciszą, która zapanowała po odtrąbionym zwycięstwie nad ACTA. Wielu za sukces uznało fakt, że przez kraj przetoczyła się fala ulicznych protestów nie spotykanych od czasów Solidarności. Zastanawiam się, co porabiają owe dziesiątki tysięcy zwolenników wolności, przeciwników cenzury w necie. Jak użytek czynią ze zdobytego wówczas doświadczenia? W co się zaangażowali? W jakim stopniu tamte przeżycia mają dla nich wymiar generacyjny? Czy za pewien czas będą się na nie powoływać? Na jakiej manifestacji? Oby nie oeneru.... Mam nadzieję, że jakiś instytut to zjawisko wziął pod socjologiczną lupę.
Na publicznej arenie nie pojawiła się żadna większa inicjatywa, która problem prywatności w sieci, cenzury, nadzoru, i jakże obszernego zbioru pokrewnych zagadnień, wprowadziłaby na stałe do publicznej dyskusji. To, o czym wspominam jest sensem działania ledwie kilka fundacji i stowarzyszeń. Owszem, wykonują skutecznie pozytywistyczną robotę, pełnią rolę think tanków. Ale między sferą ich poczynań, a masami, które widzieliśmy na ulicach zimą tego roku nie ma żadnej nici porozumienia. Nic z atmosfery tamtych wydarzeń nie przetrwało. To było przypadkowe i chwilowe spotkanie dwóch odległych światów: chłodnego akademickiego dyskursu i gorączkowego młodzieńczego oburzenia.
Akurat na Zachodzie sprawy wyglądają zgoła inaczej. Zakres wolności, skala nadzoru w cyfrowym świecie, rola biznesu i technologii, wreszcie odpowiedzialność polityczna za zachodzące zmiany - o tym wszystkim się na okrągło, burzliwie spiera i dyskutuje. Ten konglomerat problemów nadaje sens aktywności rozmaitych osób, inicjatyw, środowisk. Nie będę się nad ich skutecznością i zasięgiem rozwodził, podam dwa różne przykłady:Max Schremsi znane w hakerskim świecie hasło: CryptoParty.
Co ponadto? Zaskakuje mnie, dla odmiany pozytywnie, dokonujący się na naszych oczach skok od biga data do open data. Dziennikarze, politycy, socjolodzy, epidemiolodzy, planiści, urbaniści - długo wymieniać profesje, które dostrzegają pożytki płynące z dostępu do danych statystycznych i ich badawczej "obróbki". Jak na przykład ma to miejsce w Holandii.
Największą korzyść ma oczywiście obywatel: sięgając po opracowane w przystępny i obrazowy sposób urzędowe informacje może wyrobić sobie pogląd na temat decyzji, procesów, zjawisk, i koniec końców, jest w stanie dokonywać wyborów sensowniejszych niż gdy dostępu do informacji jest pozbawiony. Rzućcie okiem na wideo.
Tylko na chwilę powiało optymizmem, bo z gruntu rozczarowujące jest to, jak nieruchawo na ten trend reagują nasi rodzimi decydenci.
Wrocławski, pełen pesymizmu, przykład - spędziłem ostatni, grudniowy piątek na sesji rady miejskiej Wrocławia przysłuchując się sporom wokół projektu budżetu na 2013 rok. Polityczna wrzawa, retoryczne popisy i personalne złośliwostki zastąpiły dyskusję o konkretnych liczbach. Ile miasto ma przeznaczyć na edukację w porównaniu z poprzednimi latami? Jaka część sumy przypadnie na konkretną dzielnicę i w relacji do żyjących na danym obszarze uczniów? Jakie fundusze urząd miejski zarezerwuje na sprzątanie ulic i jak ta kwota ma się do sum wydawanych przez inne polskie miasta o zbliżonej wielkości? Jaki procent pieniędzy zarezerwowanych na kulturę zostanie przeznaczony na edukację kulturalną i wydarzenia w peryferyjnych dzielnicach, a ile na koncerty organizowane na Rynku?
Takie pytanie nie padły. I nikt pewnie nie potrafiłby na nie od razu odpowiedzieć. Całkiem zasadne pytania, z perspektywy politycznej młócki okazały się nie posiadać znaczenia.
Pojąć tego i wytłumaczyć nie sposób, wszak trafiło na gremia do dyskusji nad finansami predestynowane. Matematyka przegrała z politycznym mętnym żywiołem.
I na koniec mało pocieszająca konkluzja: jeśli radni mają problemy z analizą projektu budżetu, to jakim to jest wyzwaniem dla mieszkańca?
***
Żegnając rok 2012 nie mam złudzeń, że następca w kalendarzu odziedziczy te same emocje i kłótliwość, które od lat rządzą polską polityką. Klasie politycznej pozostaje wałkowanie tych samych problemów, tym samym językiem. Choć wiele się wokoło zmienia i czas nie stoi w miejscu.
Im więcej kupujesz, tym lepiej dla produktu krajowego brutto. Oto ukryte, konkretne przesłanie tych świąt. Oczywiście owe "im więcej" wcale nie gwarantuje pomyślności na innym, indywidualnym polu: nie musimy poczuć się lepiej, być zdrowszym i rozsądniej gospodarzyć naszymi zasobami. Oczywiście, dzięki obfitości zakupów zyskamy w oczach innych, którzy wraz z nami pielgrzymowali z wózkami po marketach. Dziś zdolność do nabywania towarów i usług (nierzadko w ostentacyjny sposób) - jak nigdy wcześniej i jak nic innego - wyznacza społeczny status (dawniej decydujący głos przyznawano innym atrybutom i aktywnościom). Świąteczne kolejki są odmianą rytuału: wściekamy się, że są za długie, ale uznajemy je za coś oczywistego i niezbędnego...dla klimatu świąt.
Zaś jako nieoczywista, niemal niedorzeczna, wyda się każdemu konsumentowi odezwa "Buy Nothing Christmas". To hasło globalnej kampanii propagowanej przez magazyn "Adbusters", od paru dekad uprawiającego culture jamming, nie spotka się u nas z żywym odzewem. Jednak, gdy patrzę na niepomierne zdziwienie wypisane na twarzy prezenterki CNN dociekającej bezradnie, o czym mówi twórca "Adbusters", wspominający o oczywistych powiązaniach między konsumpcjonizmem, a problemami współczesnego świata, sądzę że nie odstajemy za bardzo od Amerykanów. Choć marna to pociecha.
Twórca "Adbusters", Kalle Lasn, ma 70-tkę na karku. Z pochodzenia jest Estończykiem. Po studiach matematycznych opracowywał na zlecenie australijskiej armii scenariusze potencjalnych konfliktów, potem związał się z branżą reklamową i nabywał doświadczenie pracując w Tokio. Życiowe cele i zapatrywania zmienił zafascynowany rewoltą studencką lat 60. Zaś pismo "Adbusters" założył wspólnie z kolegą-filmowcem, angażując się w obronę kanadyjskich lasów zagrożonych intensywnym wyrębem. Magazyn dystrybuowany jest do ponad 70 tys. czytelników na całym świecie. Grono jest większe, uwzględniwszy kolejne tysiące korzystające z jego wersji on-line.
Każda istotna analiza ruchuOccupy musi kierować uwagę na kanadyjską siedzibę redakcji "Adbusters", gdzie narodziła się idea okupowania Wall Street. Dziennikarz New York Times'a kreśląc sylwetkę Lasn'a przypomina, że wzywając do protestów w sercu światowej finansjery, on sam ani razu nie pokwapił się z wizytą do Nowego Jorku. Sprzeczność? Skądże znowu. Lasn pokłada nadzieję nie w charyzmacie liderów, spójnej politycznej strategii, lecz w błyskawicznym rozprzestrzenianiu się idei, postaw, stylów, inaczej mówiąc: memów (kulturowych wirusów). W post-Mcluhanowskim świecie nieustannie multiplikujących się powiązań, takie myślenie ma sens.
Większość dorosłych nie czyta książek, ani codziennej prasy, z wyjątkiem tabloidów. Z głów im uleciała, jak powietrze, niemal cała szkolna wiedza. Telewizja pełni dla nich rolę dostarczyciela rozrywki oraz porcjowanych newsów. Dorośli nie chodzą do kina ani tym bardziej do teatru. Nie dyskutują o polityce w sposób rozumny i samokrytyczny, lecz tylko po to, aby uzewnętrznić swoje emocje. W ogóle nie przyjmują do wiadomości, że polityka może być narzędziem rozwiązywania ich życiowych problemów.
Jasne, upraszczam, ale nie trywializuję. Kontynuuję więc ten kierunek i stwierdzam: w gronie osób, które prowadzą aktywne życie dominują nastolatkowie. Są ciekawi świata i wrażliwi. Skłonni bardziej rzeczywistość zmieniać nić akceptować jej ograniczenia i niedomagania. Chętnie niosą pomóc innym, czego dowodem jest choćby Wielka Orkiestra Pomocy Świątecznej. Są bardziej obrotni i sprawni w poruszaniu się po świecie nowych mediów oraz technologii. Dlaczego więc nie obniżyć progu wyborczego i już 16-latkom nie dać prawa wyborczego? Brak im doświadczenia? W jakiej sferze ustępują dorosłym i czy na pewno formalnie "zagwarantowana" dojrzałość ma związek z dojrzałością autentyczną?
Skończmy z iluzją, że urzędników polskich miast obchodzą rowerzyści i traktują ich całkiem serio. Jest dokładnie na odwrót, zima jest tego dowodem. Nie trzeba być bystrym, by zauważyć, że odśnieżane są najpierw jezdnie, w dalszej kolejności chodniki, a ścieżki rowerowe nie są oczyszczane w ogóle. I taka hierarchia ważności w biurokratycznych głowach - dla których rower to fanaberia znudzonych mieszczuchów - obowiązuje przez cały rok, niezależnie od pogody.
Zbliża się 11 listopada, który zdominowany przez ceremonialność rodem ze szkolnej akademii i zwyczajowe zadymy ultrasów nie stanie się świętem w wydaniu ludycznym, ani tym bardziej, nie zostanie wykorzystany do promocji w świecie. Zresztą, czy Polska to marka modna i rozpoznawalna? Parę lat temu pewien spec od marketingu sugerował, że charakteryzuje nas "twórcze napięcie". Nie wiem do dziś, co miał na myśli. Może dyplomatycznie odnosił się do splotu naszych narodowych przywary: kłótliwości i zajadłości?
Po prawdzie, jesteśmy peryferyjnym krajem, mało rozpoznawalnym i na tyle mało egzotycznym, że hasło "Polska" nie wzbudza większego zainteresowania na rozległej przestrzeni od Sydney po Vancouver, Las Palmas po Władywostok.
Przyznam, lubię rankingi. Są ważnym punktem odniesienia, warto się porównywać z innymi. Dowiadujemy się wówczas więcej o sobie.
Firma FutureBrandprzepytała 3,6 tys. osób z 18 krajów, przemierzających glob turystycznie i w interesach. Efekt: lista 15 państw uznanych za "wschodzące marki." Kryteria wyboru oczywiste - obok klimatu inwestycyjnego i kuchni liczyły się m.in. jakość środowiska naturalnego, poczucie wolności i bezpieczeństwa, postęp na drodze przestrzegania międzynarodowym standardów prawa, satysfakcja z życia oraz zdrowie.
Liderem rankingu okazały się Emiraty Arabskie, w środku wylądowała Estonia, stawkę zamyka Wietnam. Nie ma na liście Polski. Jest za to Kazachstan. I tu ciekawe, spostrzeżenie. W przypadku tego kraju mobilizująco zadziałał "efekt Borata". Karykaturalna fikcyjna postać ośmieszająca kazachską kulturę podziałała na tamtejsze władze jak zimny prysznic. Wzięto się do roboty i odnotowano pewien postęp, choć ciągle krajem rządzi powszechnie uchodzący za satrapę Nazarbajew.
Wracając do pytania. Bez złudzeń: mamy wzrost gospodarczy, ale to nie oznacza, że mamy to, czego inni mogą nam pozazdrościć. Nikt nie będzie przyjeżdżał do Polski tylko dlatego, że zbudowaliśmy nowe, większe markety, drogi, lotniska oraz stadiony. Są równie ważne jak ciepła woda w kranie, na którą nikt nie zwraca uwagi dopóki jest. Z jej powodu nie pieje się z zachwytu. Czym zatem możemy się pochwalić? Przyrodą i kulturowym dziedzictwem, których nie cenimy, nie znamy i nie pielęgnujemy? Od tego można by zacząć, bo to prostsze zadanie, niż wyczyn Finów: przekształcili Nokie, firmę produkującą kalosze i łopaty, w producenta telefonów komórkowych.
Społecznościowy gigant niebezpiecznie przesuwa granicę. W Stanach oraz kilkudziesięciu innych krajach (listę otwiera Nowa Zelandia), testowana jest usługa: zapłacisz, a twój post zostanie lepiej wyeksponowany na tablicy u znajomych. Zatem nie treść i forma, tudzież autentyczne i przypadkowe czasem zainteresowanie, mają generować "buzz", ale celowy zabieg, sensu stricto handlowy.
Moim zdaniem wprowadzenie "promoted posts" zastępując reguły częściowo chaotycznej i spontanicznej komunikacji promuje praktyki w rodzaju "lokowania produktu". Internetowa agora przeobraża się w tablicę płatnych ogłoszeń. Jeśli owa usługa się przyjmie, sens straci rozróżnienie na stron biznesowe i całą resztę. Ale czy w marketingu nie o to chodzi, żeby pozorując komunikacje wciskać swój kit?
Usługa może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego, bo kto lubi, gdy narcystyczni znajomi rozpychają się na tablicy ze swoimi opłaconymi wpisami o wypitej kawie, sprzedaży mieszkania lub zajefajnych wakacjach w kolejnym tropikalnym raju.
Prawdziwa przemiana zaczyna się od zmiany myślenia. Inne nastawienie jest wyzwaniem dla rutyny i umysłowego bezruchu. Czasem zainicjowany impet jest spory, sypią się kostki domina.
Rozbudowa sieci rowerowych, profesjonalna kampania promująca rowery jako alternatywny, ekologiczny i bezpieczny (sic!) środek komunikacji (dla każdego), zdaje się być zadaniem przekraczającym możliwości miejskiego magistratu (chodzi nie tylko o braki w miejskiej kasie) Problemy finansowe i materiałowe nie stanowiły ograniczenia dla designera Izhara Gafniego - skonstruował rower z kartonu. Koszt zamyka się w kwocie 9-12 dolarów. Pojazd jest funkcjonalny i trwały.
Walcząc z otyłością wśród dzieci, zachęcając je do uprawnia sportów, magistrat mogłoby zafundować pojazdy szkołom. Pomysł zwariowany, acz niedrogi. I jeszcze gwarantujące rozgłos. A zaoszczędzone tym sposobem pieniądze, bo nie wydane na bardziej kosztowne promocyjne działania, spożytkować mógłby inaczej: łatając dziury, nim ktoś bezczelny skopiuje pomysł z Jekaterynburga.
Najpierw mieliśmy Arabską Wiosnę. Zachód patrzył z podziwem i trzymał kciuki. Teraz z niepokojem obserwuje arabską wściekłość: inne emocje, inna ich skala oraz inny przeciwnik. Gdzie indziej, przed amerykańskimi ambasadami, gromadzą się wściekłe tłumy demonstrantów. Tylko narzędzie aktywizacji to samo - internetowe łącze. Niech za komentarz do burzy wywołanej przez prowokacyjny, głupi film, obrażający muzułmanów, posłuży cytat:
The only function is to have no function - ten krótki opis pozwala oswoić się z widokiem iskrzących się i zacinających artefaktów Jeana Tinguely'ego. W naszej epoce, w której rządzi niepodzielnie dyktat produktywności i kult celowości, stają się one manifestacją heretyckiej schizmy. Niektóre z "maszyn" osiągnęły heroiczny kres, ulegając samozniszczeniu ("Homege to New York", 1960). Wyobraźmy sobie zatem, utrzymane w tym duchu, np. aplikacje na smartfona.
10 minut piekielnego łomotu. Wywołującego u jednych grymas zniechęcenia i nudę. U innych dreszcze. Skąd ta potrzeba dążenie do muzycznej skrajności? Po jakie licho oni nas tak torturują? (Kto był na OFF-ie, wie o czym mówię)
Żeby ocalić muzykę i autentyczne, głębokie doświadczenie, związane z jej odbiorem, najpierw muzykę trzeba zabić, docierając do jej ekstremum. Tak pojmuję ich strategię. Swans nie pastwi się nad naszymi zmysłami, tak jak czynimy to codziennie, i czynimy bezwiednie, pompując w uszy popierdolony radiowy plastik, kiczowate, obrobione komputerowo mruczando, melodyjki dla otępiałych. Masowym wyborem stało się miałkie, pozbawione atencji, wrażliwości i ciekawości odbieranie dźwięków, brzmień, melodyki, harmonii. Kogo dziś obchodzi liryzm, trans, sakralność, uniesienie, przerażenie, duma? Liczy się najwyżej letni hit do samochodu i potańcówka.
Swans dokonuje egzekucji. Odstrzeliwuje nam głowę. Tym aktem radykalnym prowokuje skrajne odczucia. Jak w Biblii: zawierzenie albo odrzucenie. Reszta się nie liczy. Albo gorąco, albo zimno.
Muzyka zmartwychwstaje w ciszy. A że tylko nieliczni są w stanie to pojąć, nie szkodzi. Nie ma kogo żałować.
Cudny widok, nieprawdaż? I pomyśleć tylko, że za pewien czas szwadrony quadrokopterów - uzbrojonych w kamery, fotoradary, detektory ruchu - będę, zamiast stójkowych, patrolować nasze osiedla i ulice.
Przekonać internautów, że za artykuł w necie trzeba zapłacić, może się okazać sporym wyzwaniem. Internauta już za raz, a solidnie, za dostęp do sieci płaci: dostawcy usług telekomunikacyjnych. Zresztą net jest rozległą krainą, bez namacalnych granic, więc zamiast wykładać gotówkę na abonament Piano, łatwiej będzie niejednemu wyemigrować na inne strony, poczytać Kominka w oryginale lub znaleźć w sieciowych zasobach kolejny wywiad z najpopularniejszym statystycznie blogerem. Ma znaczenie fakt, że dla sporej rzeszy młodych internautów, doświadczenie obcowania z papierową gazetą było wtórne wobec swobodnego obcowania z ekranem komputera.
Nie wróżę Piano sukcesu. System pobierania płatności, zgodnie z zapowiedziami, ruszy 3 września. Przewiduję za to nieuchronną tabloidyzację on-line'owych serwisów. Z konieczności, w walce o odbiorcę, nęcić będą co raz to bardziej wydumanymi nagłówkami, podkręconym do granic zdrowego rozsądku leadem i soczystym zdjęciem. Aby przekonać czytelnika, że warto wyłożyć pieniądze, bo reszta w abonamencie jest jeszcze lepsza.
Piano i cienko. Zwłaszcza, że w czasach warunkowanego kryzysowym duchem ograniczania konsumpcji, kiedy to człowiek zwykł ciąć wydatki, które uchodzą za ekskluzywne. Po prawdzie, w tym kraju bez luksusu czytania nie może się obejść paręnaście procent społeczeństwa.
Nie ma już CBGB, nie istniejeTalking Heads. Pozostaje tylko pamięć cyrkulująca w Internecie.
Jeśli gargantuiczne trzewia Facebooka znikną, eksplodują niczym kolejna internetowa bańka, w mig ogołoceni zostaniemy z własnych historii, którymi ten twór utrzymujemy przy życiu, niestrudzenie reanimujemy.
Żywimy go własną kreacją, emocjami, rozmyślaniami, opowiastkami, zdjęciami i muzyką, mylnie uznając, że Facebook to Internet sam w sobie. Oddajemy mu za bezcen - w niepewną ajencję - własne relacje z ludźmi. Niepewny to akuszer i powiernik. O amberowym sercu.
Nastawcie uszu, zbliża się Reignwolf. Żadne tam rzewne, dopieszczone w studio pitolenie dla hipsterskiej gromadki w raybanach i klapkach, ale dziki, smolisty blues krzesany z diabelskiej gitary. Aż sypią się iskry, żar rozlewa się po trzewiach. Wyczekuję płyty.
Prawa autorskie są względne, ustanawiane arbitralne i jako przedmiot społecznej umowy winny podlegać zmianie. Kto twierdzi inaczej i chce uciąć dyskusję, odwołując się do przykazania "nie kradnij", musi konsekwentnie uznać za grzech postęp technologiczny.