środa, 28 listopada 2012

Fotografia: już nie człowiek, jeszcze nie cyborg

Czas oswoić się z nowymi pojęciami: auto-nadzór i auto-inwigilacja. Memoto to miniaturowa kamera-klip. Nie rzuca się w oczy, przypięta do ubrania, co jest jednoznaczne z jej uruchomieniem, pozwala rejestrować, przez wiele godzin  jak leci, wszelki ruch i każde zdarzenie. Zdjęcia opatrzone są geotagami, a następnie porządkowane za pomocą dedykowanej urządzeniu aplikacji.  Pomysłodawcy Memoto nie mieli problemu ze zbiórką funduszy wśród internautów.  Zamiast kilkudziesięciu tys. dolarów zebrali pół miliona. Ciekawe, gdyby tak władza - powodowana troską o porządek i bezpieczeństwo - wprowadziła powszechny obowiązek noszenia  klipów-recorderów?  Jaki byłby odzew?
  
Zak Stone w FastCoexist:
Przywołam znów hasła "auto-nadzór", "auto-inwigilacja" i  zapytam:  czy chodzi tylko fotografię?  Potrzeba "zapamiętania", "zachowania przed upływem czasu" wszystkiego, czego  doświadczamy jest formą "nadzoru", a zatem wyeliminowania przypadku i związanego z nim ryzyka błędu. Idealne zwieńczenie takich aspiracji oznacza, w skrajnym przypadku, nadanie ludzkiej egzystencji walorów...maszyny. 
W świecie cyborgów, nie będzie więcej dochodzić do przestępstw, wypadków, losowych zdarzeń. Odnotowywać będziemy tylko błędy lub awarie oprogramowania. Notującemu nic nie umknie uwadze,  a raczej uwadze następcy Memoto, wszczepionego pod skórą.

  ***

 
“Death Of A Cyborg” by Shorra

wtorek, 27 listopada 2012

Rewolucja w MPK. Now!

Pojazdy mają być sprawne, nowoczesne, czyste, a przede wszystkim jeździć wedle rozkładów jazdy.  Niby nic więcej od MPK nie oczekujemy. To i tak bardzo dużo. Nieprawda. Marzy mi się, i pewnie takich osób jest więcej, aby komunikacja miejska była uznana za priorytet. W grę wchodzi interes mieszkańców oraz takie urządzenie Wrocławia, aby żyło się w nim komfortowo, zdrowo. A przy okazji najwyższy czas dać odetchnąć naturalnemu środowisku. Autobusy i tramwaje  winny mieć pierwszeństwo.

Zatem do korzystania z usług MPK należy zachęcać mieszkańców, odpowiednio ich motywując. Prochu nie wymyślam, niemożliwego nie żądam. MPK działa z założenia jak każda inna firma: ma prezesa, dział planowania, marketingu i promocji. Niech się wykażą smykałką.  Na razie - moim zdaniem - wychodzi im to mizernie. Być może MPK zmuszone sprostać warunkom obowiązującym w inne branży  szybko wypadłoby z obiegu, zmiażdżone przez konkurentów.
Garść pomysłów, które zrodziły mi się w głowie, spisane w autobusie linii 435.
1) wi-fi w tramwajach i autobusach, na przystankach
2) zniżkowe bilety w porze porannego i wieczornego szczytu
3) punkty lojalnościowe i bonifikaty na różne usługi dla "lojalnych" pasażerów, np. zniżki na podmiejską kolej, bilety na basen, do kina lub teatru
4)automaty kawowe na głównych węzłach przesiadkowych
5) wykorzystanie automatów biletowych w kampaniach promocyjnych z udziałem komercyjnych partnerów (loteria: kupujesz bilet, losujesz nagrodę) oraz akcjach charytatywnych (wpłać na konto PCK albo WOŚP)
6) mobilny internetowy serwis mpk (pogoda, korki, utrudnienia na trasach, miejskie komunikaty, muzyka)
7) kooperacja z katedrami wzornictwa przemysłowego na wykonanie "odlotowych" wiat.  Kto powiedział, że muszą one być wykonane wedle jednego wzoru?  Kto zadekretował, że autobusy i tramwaje mają być tej samej barwy?
Jeśli potraktujemy komunikację zbiorową nie jako element zastany, lecz obiekt ciągłej innowacji, może jeżdżenie autobusami i tramwajami zacznie być modne i korzystne w innym, także estetycznym oraz kulturowym wymiarze? Na razie to uciążliwy codzienny rytuał dla osób pozbawionych własnych czterech kółek.

niedziela, 25 listopada 2012

Polska i Wielka Brytania: dwa podejścia do myślenia o przyszłości

Tworzywa nowej generacji, inteligentne sieci energetyczne, drukowanie 3D, fuzja termojądrowa, spersonalizowane leki  - to pieśń nie odległej przyszłości, lecz kolejnych 20 lat. Ponad stustronicowy raport zawierający omówienie takich kilkudziesięciu innowacyjnych technologii wraz z pomysłami na ich zastosowanie oraz listą instytucji zaangażowanych  w ich wdrożenie publikuje rządowy portal Foresight. Cel jest oczywisty: szukać rozwojowego paliwa dla gospodarki i rynku pracy. Brytyjskiego, żeby nie było wątpliwości.

W zestawieniu z raportem inny dokument, przygotowany w 2009 roku przez Zespół Doradców Strategicznych premiera Donalda Tuska,  pt. "Polska 2030",  prezentuje się jak dojrzały owoc humanistów. Zamiast prostych wskazań, w co inwestować, jakie technologie i kierunki rozwoju mogą być polską specjalnością, mamy trwożną diagnozę i generalizujące stwierdzenia prowadzą ku mało zobowiązującym konkluzjom. Kto i jak miałby wcielać rekomendowane propozycje w życie, jakich wymagają one nakładów finansowych i  jakiego harmonogramu działań?  Być może nie taki był cel dokumentu? Zatem, gdzie można znaleźć szczegółowe jego rozwinięcie, w kierunku praktycznych zastosowań?

Rodzic planujący ścieżkę rozwoju swoich dzieci już po pobieżnej lekturze dokonań brytyjskiego rządowego think tanku zyska orientację i wiedzę: gdzie szukać edukacyjnego złotego runa, jak ukierunkowywać zainteresowania swoich pociech. Takiej korzyści studiowanie polskiego raport nie przynosi. Nie ma waloru poradnikowego, nie jest adresowany do zwykłych obywateli. Formułuje diagnozę, stawia wytyczne tak ogólne jak wskazywanie kierunku jazdy machaniem ręką. Zapominając, że w tej ręce mamy smartfon z Google maps i GPS-em.

wtorek, 20 listopada 2012

Radykał tęskniący za normalnością

Normalność jest w tym kraju postulatem radykałów. Dlaczego? Nienawiść i werbalna agresja powszednieją, więc normalność nabiera cech radykalnych i niczym anomalia wypchnięta zostaje na margines. Dzieje się tak, gdy zwykli obywatele wybierają rolę niemych widzów. Skupiani wokół małych spraw, codziennego kieratu, interesów - jak to soczyście ujął Władysław Frasyniuk - zapierdalają. I fatalnie się dzieje, jeśli nie znajdują powodów ani motywacji, aby dać odpór destrukcji podkopującej normalne reguły życia publicznego.

Dziś w Internecie łatwiej napotkać na okopy zajęte przez zacietrzewionych i zadufanych w sobie oszołomów, niż na przerzucone ponad podziałami mosty. Cywilizowany polityczny spór i konfrontacja odmiennych opinii nie są niemożliwe, bo kończą się wymianą kalumnii i bluzgów. 

Łatwiej skaczemy sobie do gardeł niż skłonni jesteśmy zrewidować własne poglądy. Akurat ta druga postawa właściwa jest jednostkom stabilnym emocjonalnie, dojrzałym i świadomym, że błądzenie jest rzeczą ludzką, że warto się uczyć na własnych błędach.  Zbyt jesteśmy nieufni - co potwierdzają badania na temat kapitału społecznego - aby odważyć się na ów akt obywatelskiej refleksji i krytycznej samooceny. Zresztą nie ma ku temu kontekstu, bo media i politycy dolewają oliwy do ognia, a lwia część Polaków bezpiecznie wycofała się w życie prywatne. To dlatego po opustoszałej agorze hasają wojowniczo nastawione świry; nie występują w obronie faktów, lecz pojmowanych absolutystycznie nadrzędnych racji. W ich imię, wbrew zdrowemu rozsądkowi, oskarżą oponentów o zdradę, zaprzaństwo i sprzeniewierzenie się ideałom. W najlepszym wypadku nie zmieszają z błotem, lecz wspaniałomyślnie będą współczuć, mówiąc iż padliśmy ofiarą manipulacji i spisku: my ignoranci, lemingi. I jeśli nawet zepchnięci zostaną do defensywy, wyprą ze świadomości poczucie porażki ratując się aktem cynicznej transgresji: pocałujcie nas w dupę.

Skąd ten ksenofobiczny, populistyczny i zasadniczo autorytarny zwrot w naszym życiu publicznym? Dlaczego nacjonaliści przystrojeni w patriotyczne piórka tak rosną w siłę i zyskują na znaczeniu? Nie wszystko tłumaczy kryzys.  Może wyjazd kilku milionów naszych rodaków za granicę, tych bardziej  zdeterminowanych, aby gdzie indziej ułożyć sobie życie, zachwiał społeczną strukturą i do głosu doszły niszowe środowiska, które w innych warunkach okupowałyby obrzeża politycznej debaty nie mając żadnego wpływu na język, emocje i styl. Dziś to one są jednak w natarciu. To widać, słychać. Nie tylko na stadionach, ulicach, w Internecie. Także w zwykłych rozmowach.